Zima nadchodzi w podskokach! Trzeba się zatroszczyć o "braci mniejszych".
A ponieważ trudno biegać po lesie z wiązkami sianka,najłatwiejszym sposobem na rozwiązanie tego problemu jest karmnik.
I tu mam świetny, rewelacyjny wprost sposób na ów karmnik: prosty, sympatyczny, łatwy w wykonaniu, jeszcze łatwiejszy w obsłudze! Do wykonania przez każdego, nawet stuprocentowego humanistę.
Potrzebne nam będzie:
-doniczka, najlepiej taka długa, balkonowa, kolor obojętny, ja mam brązową
-ziemia do wyżej wymienionej doniczki
-kwiatki coby w tej doniczce posadzić, niech rosną; jeden warunek
muszą rosnąć do późnej, deszczowej jesieni, w mojej doniczce rośnie rheo meksykańskie
-worek orzechów włoskich
I teraz zaczynamy budowę karmnika.
Zżeramy wszystkie orzeszki.Skorupkami starannie wysypujemy powierzchnię ziemi w doniczce. (Bo jesień deszczowa ma we zwyczaju chlapać błotem z doniczki na świeżo umyte przez Mego Męża okno)
I karmnik gotowy. Mamy jak w banku codzienną wizytę ślicznych, malutkich , w kolorycie zielono-żółciutkim, ptaszków.Bo wśród skorupek zostały mikroskopijne drobinki orzeszków.
Nic to, że owe wizyty odbywają się w godzinach bardzo porannych (tak mniej więcej 5-6). Nic to również, że te małe potworki rzucają mi skorupkami w szybę. Nic to nawet, że czasem, jak się "rozfechtują" to trafiają mnie prosto w głowę!!!
Ale świadomość, że możemy pomóc "braciom mniejszym" - bezcenna!
Acha, Romek powiedział, że po upierzeniu sądząc, to sikorki są.
Pewnie, jak nadejdą mrozy, wyłoży doniczkę słoninką. Wszak sikorki lubią słoninkę.
A ona,ta słoninka, równie skutecznie ochroni okno przed błotem.
Połączymy więc przyjemne z pożytecznym.
sobota, 27 października 2012
czwartek, 18 października 2012
Przyzwyczajenie - druga natura
Nie mam gazu. A co za tym idzie - mam kuchenkę na prąd. Indukcyjną. A uroda kuchenek indukcyjnych (mojej) jest taka, że nie można w żaden sposób naleśników usmażyć. Oraz, że jak braknie prądu to trzeba po sąsiadach ganiać z czajnikiem coby sobie kawkę zaparzyć
W związku z tym mankamentem posiadam również kuchenkę gazową. Turystyczną na naboje.
I posiadam jeszcze: małą (za małą)kuchnię i olbrzymią szafę w przedpokoju.
I z powodu tych dysproporcji część kuchni znajduje się w owej szafie.Znaczy: piekarnik, garnki i trochę rzeczy używanych niezbyt często. W tym wyżej wymieniona turystyczna kuchenka gazowa.
Wczoraj zaplanowałam na obiad naleśniki. Okazało się, że kuchenka znajduje się na najwyższej z możliwych półek w kuchennej części szafy przedpokojowej.
A ja tam nawet ze stołka nie sięgam.
Przyszedł, zdjął, wziął się za smażenie.
Pytam czemu ta kuchenka tak wysoko mieszka, kiedy na podłodze w szafie jest miejsce.
On nie wie. A właściwie wie: bo tam skrzynka stoi (na kółkach)i by mi było niewygodnie.
Popatrzyłam tylko: teraz jest wygodnie!!!
Poprawi się i nie będzie jej już tam wtykał.
W połowie smażenia zabrakło gazu i z trudem udało Mu się dosmażyć na indukcyjnej.
A dziś rano okazało się, że postawił nieczynną, bez gazu, kuchenkę na podłodze w szafie. Niech mam wygodnie.
I jeszcze mi wytłumaczył, że On tradycjonalista jest.Bo się przyzwyczaił, że kuchenka ma stać na dole.
Kiedy się zdążył przyzwyczaić?
W związku z tym mankamentem posiadam również kuchenkę gazową. Turystyczną na naboje.
I posiadam jeszcze: małą (za małą)kuchnię i olbrzymią szafę w przedpokoju.
I z powodu tych dysproporcji część kuchni znajduje się w owej szafie.Znaczy: piekarnik, garnki i trochę rzeczy używanych niezbyt często. W tym wyżej wymieniona turystyczna kuchenka gazowa.
Wczoraj zaplanowałam na obiad naleśniki. Okazało się, że kuchenka znajduje się na najwyższej z możliwych półek w kuchennej części szafy przedpokojowej.
A ja tam nawet ze stołka nie sięgam.
Przyszedł, zdjął, wziął się za smażenie.
Pytam czemu ta kuchenka tak wysoko mieszka, kiedy na podłodze w szafie jest miejsce.
On nie wie. A właściwie wie: bo tam skrzynka stoi (na kółkach)i by mi było niewygodnie.
Popatrzyłam tylko: teraz jest wygodnie!!!
Poprawi się i nie będzie jej już tam wtykał.
W połowie smażenia zabrakło gazu i z trudem udało Mu się dosmażyć na indukcyjnej.
A dziś rano okazało się, że postawił nieczynną, bez gazu, kuchenkę na podłodze w szafie. Niech mam wygodnie.
I jeszcze mi wytłumaczył, że On tradycjonalista jest.Bo się przyzwyczaił, że kuchenka ma stać na dole.
Kiedy się zdążył przyzwyczaić?
wtorek, 16 października 2012
!!!
Od wczorajszego wieczoru nurtuje mnie pewne pytanie...
Otóż:
Jeśli ja wymyślam co trzeba zrobić/zmienić/naprawić/ulepszyć, jeśli znajduję często-gęsto rozwiązanie jak to zrobić, a Mój Mąż wprowadza to w życie, to czy On przypadkiem nie powinien się ze mną podzielić tytułem McGywera???
Otóż:
Jeśli ja wymyślam co trzeba zrobić/zmienić/naprawić/ulepszyć, jeśli znajduję często-gęsto rozwiązanie jak to zrobić, a Mój Mąż wprowadza to w życie, to czy On przypadkiem nie powinien się ze mną podzielić tytułem McGywera???
Paczka
Wysyłamy paczkę. Z tym wszystkim, czego Emilka nie miała jak zabrać. Plus kilka jeszcze cieplutkich książek dla Moich Córek. I prezenty dla tychże Córek, Wnuków oraz Zięciów.
Nic wielkiego w sumie. Marne 30 kilogramów się nazbierało. W opakowaniu wyprodukowanym przez Romka: 80x50x45 mniej-więcej. Z dwóch kartonów przeprowadzkowych, które podobno pomieszczą 30 kg zawartości każdy. Nasze pojedynczo zmieściły po około 17 kg.
A że płaci się "do 30 kg" a waga paczki nie może przekroczyć 31,5 kg,mój domowy McGywer był zmuszony stworzyć odpowiedni pojemnik. No i stworzył: kartony, taśma klejąca - 40 metrów bieżących i taśma typu stretch (folia spożywcza)- wstążka długości 80 m.
Napracowaliśmy się setnie. Bo to trzeba co chwilę ważyć, dobierać odpowiednie rzeczy żeby dziur nie było i się nić nie szelątało. A jeszcze, kiedy się okazało, że wszystkie zapakowane drobiazgi ważą 36,7 kg, musieliśmy podejmować trudne decyzje typu: "a ona w tych butach będzie teraz chodzić?" lub "te książeczki są nudne, a z tych już wyrósł"...
Jakoś poszło...Obniżyliśmy wagę do odpowiedniej.Znaczy do 30 kg, zostawiając "margines" na opakowanie. I kiedy Romek miał skleić dwa zapakowane kartony aby uczynić z nich jeden okazało się, że są one źle złożone. I dno wylatuje.
No i cała zabawa od początku...
Ale udało się. Paczka zapakowana, poklejona vikolem, zabezpieczona taśmą, opatulona drugą taśmą typu stretch, listy przewozowe tudzież namiary typu adres wydrukowane (zdalne sterowanie zięcia...).
Romek jeszcze na koniec postanowił paczkę zważyć.
I okazało się, że kilometry taśmy i podwójne kilometry folii...nic nie ważą.
Paczka nieodziana i paczka opatulona w różne zabezpieczenia waży te same 30 kilogramów.
Teraz mi żal...Żebym to wiedziała przed ostatecznym ważeniem...
A tak to mi się 1,5 kg zmarnowało.
Może otworzyć i dołożyć? Miejsce jest...
Nic wielkiego w sumie. Marne 30 kilogramów się nazbierało. W opakowaniu wyprodukowanym przez Romka: 80x50x45 mniej-więcej. Z dwóch kartonów przeprowadzkowych, które podobno pomieszczą 30 kg zawartości każdy. Nasze pojedynczo zmieściły po około 17 kg.
A że płaci się "do 30 kg" a waga paczki nie może przekroczyć 31,5 kg,mój domowy McGywer był zmuszony stworzyć odpowiedni pojemnik. No i stworzył: kartony, taśma klejąca - 40 metrów bieżących i taśma typu stretch (folia spożywcza)- wstążka długości 80 m.
Napracowaliśmy się setnie. Bo to trzeba co chwilę ważyć, dobierać odpowiednie rzeczy żeby dziur nie było i się nić nie szelątało. A jeszcze, kiedy się okazało, że wszystkie zapakowane drobiazgi ważą 36,7 kg, musieliśmy podejmować trudne decyzje typu: "a ona w tych butach będzie teraz chodzić?" lub "te książeczki są nudne, a z tych już wyrósł"...
Jakoś poszło...Obniżyliśmy wagę do odpowiedniej.Znaczy do 30 kg, zostawiając "margines" na opakowanie. I kiedy Romek miał skleić dwa zapakowane kartony aby uczynić z nich jeden okazało się, że są one źle złożone. I dno wylatuje.
No i cała zabawa od początku...
Ale udało się. Paczka zapakowana, poklejona vikolem, zabezpieczona taśmą, opatulona drugą taśmą typu stretch, listy przewozowe tudzież namiary typu adres wydrukowane (zdalne sterowanie zięcia...).
Romek jeszcze na koniec postanowił paczkę zważyć.
I okazało się, że kilometry taśmy i podwójne kilometry folii...nic nie ważą.
Paczka nieodziana i paczka opatulona w różne zabezpieczenia waży te same 30 kilogramów.
Teraz mi żal...Żebym to wiedziała przed ostatecznym ważeniem...
A tak to mi się 1,5 kg zmarnowało.
Może otworzyć i dołożyć? Miejsce jest...
czwartek, 27 września 2012
:)
Codziennie bladym świtem wędrujemy do "Biedronki" po zakupy. Najczęściej we trójkę, trzy pokolenia, znaczy się: babcia, mamusia i Wojtuś.
Dziś poszliśmy we dwoje z Wojtusiem.
Scenariusz codzienny wygląda następująco:
W "Biedronce" kupujmy bułeczkę i zanim dochodzimy do kasy z bułeczki zostaje 1/3.
Następnie udajemy się do sklepu mięsnego, w którym to sklepie Wojtuś zostaje zaopatrzony w kiełbaskę. "Żeby się nie nudził jak babcia robi zakupy" mówi Pani Ekspedientka.
I o ile za bułkę z "Biedronki" musimy zapłacić, o tyle kiełbaskę Wojtuś dostaje w prezencie.
I tu się sprawdza powiedzenie, że lepiej się kalkuluje jeść mięso. Bo na chleb trzeba ciężko pracować a świnia sama urośnie.
Dziś poszliśmy we dwoje z Wojtusiem.
Scenariusz codzienny wygląda następująco:
W "Biedronce" kupujmy bułeczkę i zanim dochodzimy do kasy z bułeczki zostaje 1/3.
Następnie udajemy się do sklepu mięsnego, w którym to sklepie Wojtuś zostaje zaopatrzony w kiełbaskę. "Żeby się nie nudził jak babcia robi zakupy" mówi Pani Ekspedientka.
I o ile za bułkę z "Biedronki" musimy zapłacić, o tyle kiełbaskę Wojtuś dostaje w prezencie.
I tu się sprawdza powiedzenie, że lepiej się kalkuluje jeść mięso. Bo na chleb trzeba ciężko pracować a świnia sama urośnie.
piątek, 14 września 2012
Herbata najlepiej gasi pragnienie
Romek:"A wiecie, że najzdrowsza jest biała herbata"
dłuuuuuga chwila ciszy...
Romek, niezrażony naszym brakiem zainteresowania:"A wiecie,że w walorach zdrowotnych nie ma żadnej różnicy między czarną a zieloną herbatą?"
Emilka:"Tak, to ciekawe dlaczego Chińczycy piją zieloną?"
Romek:"Bo im się tak pić chciało, że nie zdążyła sfermentować!"
dłuuuuuga chwila ciszy...
Romek, niezrażony naszym brakiem zainteresowania:"A wiecie,że w walorach zdrowotnych nie ma żadnej różnicy między czarną a zieloną herbatą?"
Emilka:"Tak, to ciekawe dlaczego Chińczycy piją zieloną?"
Romek:"Bo im się tak pić chciało, że nie zdążyła sfermentować!"
sobota, 25 sierpnia 2012
Dobrze mieć teściową
Tak, tak, wiem, że nie wszystkim i nie koniecznie.
Ja o swojej.Dobrze mieć moją teściową. Ale nie odstępuję. Mam ją już bez mam 40 lat i czuję się z nią związana.
Przyzwyczaiłam się po prostu. Ale przyzwyczajenie nie świadczy o tym, że dobrze mieć teściową.Dlatego czuję się w obowiązku wytłumaczyć.
Otóż moja teściowa, która zawsze była taka jak...teściowa (można uzupełnić tę opinię czymkolwiek się zechce), na starość stała się łagodna, miła, niekłopotliwa, sympatyczna.
I, o ile, całe lata miała tylko dwie zalety: urodę i najlepsze szarlotki na świecie, teraz rozwija inne. Z dobrym skutkiem, jak się przekonałam w niedzielę.
Życzyłabym sobie żeby Mój Mąż również się w tę stronę rozwijał. A jak wiem z doświadczenia - człowiek im starszy, tym bardziej upierdliwy.
Jedyne, czego w życiu żałuję ,to tego, że się na nią obraziłam. Jakieś 3-4 lata temu.
Nie, nie mam wyrzutów sumienia. Żałuję, że się obraziłam tak późno. Bo mniej-więcej od tego momentu moja teściowa się zmieniła.
Och, gdybym się zdobyła na to 3-4 lata po ślubie...
I pomyśleć, że miałabym wtedy najlepszą teściową na świecie, która piecze najlepsze na świecie szarlotki!!!
Ja o swojej.Dobrze mieć moją teściową. Ale nie odstępuję. Mam ją już bez mam 40 lat i czuję się z nią związana.
Przyzwyczaiłam się po prostu. Ale przyzwyczajenie nie świadczy o tym, że dobrze mieć teściową.Dlatego czuję się w obowiązku wytłumaczyć.
Otóż moja teściowa, która zawsze była taka jak...teściowa (można uzupełnić tę opinię czymkolwiek się zechce), na starość stała się łagodna, miła, niekłopotliwa, sympatyczna.
I, o ile, całe lata miała tylko dwie zalety: urodę i najlepsze szarlotki na świecie, teraz rozwija inne. Z dobrym skutkiem, jak się przekonałam w niedzielę.
Życzyłabym sobie żeby Mój Mąż również się w tę stronę rozwijał. A jak wiem z doświadczenia - człowiek im starszy, tym bardziej upierdliwy.
Jedyne, czego w życiu żałuję ,to tego, że się na nią obraziłam. Jakieś 3-4 lata temu.
Nie, nie mam wyrzutów sumienia. Żałuję, że się obraziłam tak późno. Bo mniej-więcej od tego momentu moja teściowa się zmieniła.
Och, gdybym się zdobyła na to 3-4 lata po ślubie...
I pomyśleć, że miałabym wtedy najlepszą teściową na świecie, która piecze najlepsze na świecie szarlotki!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)