niedziela, 16 stycznia 2011

Łaskawość

Niedzielny poranek. Robię się "na bóstwo" bo idziemy na imprezę. Stoję przed lustrem - dużym- w przedpokoju, za moimi plecami Mój Osobisty Mąż...
"Stara już jestem"rzucam uwagę.
I słyszę: " Po to się człowiekowi psuje wzrok na starość, żeby mu się samopoczucie nie psuło jak w lustro patrzy. Pan Bóg jest łaskawy."

wtorek, 4 stycznia 2011

całkiem nowe pytanie egzystencjonalne

Śnieg za oknem kopny, na termometrze 2 stopnie mrozu. A po moim parapecie - mucha łazi...
Jedna jaskółka podobno wiosny nie czyni...
A może ktoś wie jak to jest z jedną muchą?

środa, 29 grudnia 2010

Do zainteresowanych !

Byliśmy wczoraj na urodzinach.
Dostałam prezent.
Od solenizanta.

wtorek, 28 grudnia 2010

Rajtuzy

Ostatnie "zakupowe" wrażenia Mojej Młodszej Córci przywołały wspomnienie, którym postanowiłam się podzielić...
W czasach, kiedy zakupy przypominały polowanie (często na cokolwiek i nie dlatego, że trzeba było coś kupić żeby mieć do "mania" ale bardziej, żeby nie chodzić po ulicach zawiniętym w kołdrę na przykład...) udało mi się upolować...rajtuzy. Rajtuzy były ciepłe, miały ładny kremowy kolorek i rozmiar na metce odpowiedni dla mego dziecka, które jeszcze wtedy nie nosiło spodni, tylko sukienki i było "młodszą nastolatką". Czyli miało około 11-12 lat...
Ale, choć wiek był kompatybilny z metką na rajtuzach, to już od dawna długość nogawek tychże nie miała wiele wspólnego z długością nóg Mojej Starszej Córki.
Ale Polak potrafi.
Producent owych rajtuz na nie bawiąc się w mierzenie do każdej pary przyszył metkę z tym samym rozmiarem. Nie zostawało nic innego, jak szukać w duuużej kupce rajtuz z najdłuższymi nogawkami. Ale sklep nie był samoobsługowy, posiadał ladę i sprzedawczynię za ladą.A przed ladą tłum mamusiek dyszących potrzebą kupienia ciepłych rajtuz dla swych pociech!
Szukaj czegokolwiek w takich warunkach!!!
Ale, jak już pisałam, Polak potrafi!
Szczęśliwie dla mnie, tuż obok, ramię w ramię stał Mój Mąż ("bo jeśli będą sprzedawać po jednej parze...").
Kiedy przyszła moja kolej zapytałam grzecznie, acz bezmyślnie, panią za ladą: "czy może mi pani poszukać rajtuz na tego pana?"
W sklepie pełnym rozgadanych kobiet i rozbrykanych dzieci zapadła kamienna cisza...
I na niewiele zdały się moje późniejsze tłumaczenia, że moja córka ma takie długie nogi...

A Mój Mąż?
Nie, nie rozwiódł się ze mną za tę hańbę, którą na Niego ściągnęłam.

środa, 22 grudnia 2010

Wpływ polityki na życie uczuciowe szarego obywatela.

Śniło mi się dziś, że brałam ślub. Z Jarosławem Kaczyńskim.
Konkretnie śnił mi się ostatni przedślubny etap, kiedy to trzeba już wychodzić a jeszcze mnóstwo drobiazgów zostało do wykonania...
Myłam głowę (w ślubnym stroju), szukałam w szafce odpowiednich butów do mojej różowo-srebrnej (!) kreacji...A także dowodu tożsamości, który się gdzieś zawieruszył.
Co najdziwniejsze: dzielnie mi w tym wszystkim pomagała licznie zgromadzona rodzina (także ci jej członkowie, którzy lata temu odeszli do wieczności) z Moim Osobistym, Aktualnym Mężem na czele.
W całym tym przedślubnym rozgardiaszu nie brały udziału Moje Córki. One spokojnie czekały przed Urzędem Stanu Cywilnego (zaprzyjaźniając się w międzyczasie z Martą Kaczyńską) ażeby w odpowiedniej chwili poświadczyć swoimi podpisami zawarcie małżeństwa.

Ślub się nie odbył.Dowodu nie znaleziono.
W każdym razie sen ten stał się taką traumą, że się obudziłam o 5.30 i bałam z powrotem zasnąć.

I teraz tak sobie myślę, że Romek jednak zbyt gorliwie szukał mojego dowodu. Mimo, że go nie znalazł.
Myślę również o tym, że głupie sny czasem powodują, że do człowieka docierają oczywiste prawdy...o drugiej połówce, o tym, że"wiesz, co masz...".
Ale, mimo wszystko, co by było jakby znalazł?

czwartek, 16 grudnia 2010

...zima zła...

Na termometrze za oknem -14. W szafie cieplusieńka kurtka.Czapki, szaliki, rękawiczki, grube swetry...i inne równie grube i cieplusieńkie rzeczy.
A ja w cienkiej kurtce.
Zima mnie zaskoczyła. Jak drogowców!
Może ktoś wie, czy niskie temperatury mają ujemny wpływ na inteligencję? Albo wolę przetrwania?

poniedziałek, 13 grudnia 2010

przygoda gastronomiczna

Zawsze uwielbiałam buraczki. Jedzonko z buraczków, jakie by ono nie było, było moim ulubionym jedzonkiem. Nie byłam w tym odosobniona. Jako, że buraczki od zawsze jadał Mój Mąż. Oraz od pieluch Moja Starsza Córka. Ot, taka buraczana rodzinka. Aż tu na świat przyszła Moja Młodsza Córcia...i nie dość, że nie chciała jeść buraczków, to jeszcze - o zgrozo - mówiła, że są niedobre.
Bardzo nas to zdziwiło i dziwi do teraz.
Nie wiem ile czasu poświęciłam na opowiadanie o niebiańskim smaku buraków, o ich dobroczynnym działaniu...
Potem już sobie odpuściłam: nie je, to nie. Nie wie, co dobre. Jej strata.
A my dalej...buraczki.
A jak się je, to człowiek poszukuje nowych rozwiązań. Gastronomicznych. Ja również. Znalazłam na pewnym forum przepis na... ciasto z buraków. No, tego jeszcze w naszym domu nie było.
Postanowiłam zrobić je od razu. A ponieważ miało mieć smak makowca (mniam...) to już się ani chwili nie wahałam.
Upiekłam. Wyrosło piękne. Zaraz gorącego uszczknęłam ociupinkę: naprawdę smakowało jak makowiec. Z niecierpliwością czekaliśmy aż przestygnie. W międzyczasie jakaś kawa...będzie podwieczorek...
Wystygło.
Emilusiu Moja Kochana!!!
Jeżeli soczek z pieczonego buraczka, którym leczyłam wszelkie Twoje przeziębienia miał w 1% tak ohydny smak, jak to ciasto, to ja Cię z całego serca przepraszam. Wybacz i nie chciej odszkodowania za traumatyczne przeżycia w dzieciństwie!!!