Mam dziś. Jest to bardziej osobiste dla mnie święto niż urodziny. Bowiem tylko niewielkie grono w moim otoczeniu o nim pamięta. Jak się żyje na Śląsku to tak bywa.
Ale ciągle jeszcze jest maleńka grupa, dla której dzień imienin jest ważny.
A ja dziś chciałam napisać o moich skojarzeniach i wspomnieniach związanych z tym dniem.
Każdego ranka, w dniu imienin, kiedy się budzę... nie, nie znajduję przy łóżku śniadania i bukietu kwiatów, tudzież prezentów!
Otóż: każdego ranka 29 maja od wielu lat wspominam pewien konkretny dzień imieninowy...
Różnił się on od innych tym, że pracowałam, że mieszkałam w takim rejonie Polski, gdzie imieniny były obchodzone i że pracowałam z panią, która miała imieniny w tym samym dniu co ja ponieważ miała na imię Teodozja. Co już samo z siebie było ewenementem jako, że w tych czasach imię "Magdalena" było bardzo rzadko spotykane a "Teodozja" to już w ogóle nie istniało!
Więc jak się dwie osoby o dziwnych imionach spotkały, a jeszcze te imiona egzystowały w kalendarzu obok siebie, to było jak dwie niedziele w kupie.
Więc po wielkiej imieninowej uroczystości wracałam do domu( A mieszkaliśmy wtedy w najgorszym miejscu na świecie: jajka do jedzenia i wódka do picia. Tyle można było kupić. Z tym, że wódkę to raczej na melinie.). A upał był nieziemski...
(tamte czasy z resztą się charakteryzowały dużym zdecydowaniem: albo wszystko albo nic).
I szłam sobie w tym nieziemskim upale niosąc kosz wiklinowy ciężki sam w sobie jak...nie wiem co, wypełniony po brzegi różnymi rzeczami niezbędnymi w trakcie minionego przyjęcia, ubrana bardzo wizytowo (między innymi szpilki 12 centymetrowe...)i rozmyślałam czy dojdę do domu żywa, czy się po prostu roztopię i kiedyś znajdą kupkę wizytowych ciuchów i moje szpilki i po tym poznają, że to ja byłam...
Idę sobie, idę, użalam się nad sobą...marzę aby zrzucić z siebie te giezła wizytowe, oczyma duszy widzę już siebie w zgoła innym stroju...aż tu nagle patrzę: idzie Romek z Moją malutką Córeczką! A Córeczka odziana w bluzeczkę i sukieneczkę na szeleczkach czerwoną w białe kropeczki. Ślicznie! Prócz tego, że sukieneczka z ... dederonu. A z Córeczki pot się leje strugami...
Nie jest ci gorąco?- pytam. A Moja poważna, świadoma, elegancka, skromna i przyzwoita dwuletnia Córeczka mówi ze zgrozą w oku i w głosie:" mamusiu, popatrz, tam na balkonie jest dziewczynka w samych majtkach. Ja by tak nie wyszłam!"
Zostało Jej. Akuratna w każdej sytuacji.
A mnie zostało wspomnienie.
Ja by tak nie wyszłam.
wtorek, 29 maja 2012
poniedziałek, 28 maja 2012
....podobne
W poprzedniej rzeczywistości bywały w sklepach wyroby czekoladopodobne.
Teraz można znaleźć w sklepie wyroby seropodobne.
Pewnie, jakby dobrze poszukać, to i inne ...podobne rzeczy się znajdzie.
Ale dziś w FAKTACH usłyszałam, że na Euro oddają autostradę z dwiema, a nie trzema warstwami. Nawierzchnię (czyli tę ostatnią warstwę, która z normalnej szosy czyni autostradę) położą jak się mistrzostwa skończą.
I wszystko gra. A pan-specjalista od budowy autostrad nazwał toto "wyrobem autostradopodobnym".
Ślicznie.
Teraz można znaleźć w sklepie wyroby seropodobne.
Pewnie, jakby dobrze poszukać, to i inne ...podobne rzeczy się znajdzie.
Ale dziś w FAKTACH usłyszałam, że na Euro oddają autostradę z dwiema, a nie trzema warstwami. Nawierzchnię (czyli tę ostatnią warstwę, która z normalnej szosy czyni autostradę) położą jak się mistrzostwa skończą.
I wszystko gra. A pan-specjalista od budowy autostrad nazwał toto "wyrobem autostradopodobnym".
Ślicznie.
piątek, 25 maja 2012
Dramat w trzech odsłonach
Odsłona pierwsza.
Kupiłam sobie spodnie. Rybaczki tak zwane. Mają kilka zalet. I jedną wadę.
Zalety: są z płótna, są przecenione, mają śliczny kolor.
Wada: wyżej wymieniony śliczny kolor.
Jest on mianowicie pomarańczowy.
Wada owa jest komisyjnie stwierdzona przez Moje Córki.
Nie uchodzi matce chodzić w pomarańczach.
Odsłona druga.
Kupiliśmy fotel. Fotel, dla odmiany, ma same zalety: jest dmuchany, pokryty welurkiem, ma podnóżek, kolory szaro-grafitowe i jest przewygodny...już widzę oczyma duszy relaks nad morzem w wyżej wymienionym fotelu... Acha, i ma jeszcze dziurkę na kubek z kawką!!!
No cudo po prostu.
Odsłona trzecia.
Opowiedziałam Dzieciom Moim o cudownym fotelu. I obiecałam przysłać im zdjęcie. Żeby również się mogły zachwycić.
I kiedy Romek dziś wrócił z pracy, wziął się za sesję zdjęciową fotela. Pomyślałam sobie, że połączę przyjemne z pożytecznym i poproszę Go żeby mi zrobił zdjęcie w pomarańczowych spodniach na szaro-grafitowym fotelu.
Wyślę Dzieciom, niech ocenią czy rzeczywiście wyglądam w tych spodniach jak potwór. Wszak zawsze mówię, że trzeba się umieć z godnością starzeć. Może to niegodnie starzeć się w pomarańczowych rybaczkach.
Zrobił, wysłał,dziewczyny obejrzały.
Emilka: oooooooo jaki cudowny jest ten fotel.
Paulinka: nie pasują ci te czerwone paznokcie do spodni.
I teraz nie wiem; spodnie wyrzucić czy paznokcie przemalować...
Kupiłam sobie spodnie. Rybaczki tak zwane. Mają kilka zalet. I jedną wadę.
Zalety: są z płótna, są przecenione, mają śliczny kolor.
Wada: wyżej wymieniony śliczny kolor.
Jest on mianowicie pomarańczowy.
Wada owa jest komisyjnie stwierdzona przez Moje Córki.
Nie uchodzi matce chodzić w pomarańczach.
Odsłona druga.
Kupiliśmy fotel. Fotel, dla odmiany, ma same zalety: jest dmuchany, pokryty welurkiem, ma podnóżek, kolory szaro-grafitowe i jest przewygodny...już widzę oczyma duszy relaks nad morzem w wyżej wymienionym fotelu... Acha, i ma jeszcze dziurkę na kubek z kawką!!!
No cudo po prostu.
Odsłona trzecia.
Opowiedziałam Dzieciom Moim o cudownym fotelu. I obiecałam przysłać im zdjęcie. Żeby również się mogły zachwycić.
I kiedy Romek dziś wrócił z pracy, wziął się za sesję zdjęciową fotela. Pomyślałam sobie, że połączę przyjemne z pożytecznym i poproszę Go żeby mi zrobił zdjęcie w pomarańczowych spodniach na szaro-grafitowym fotelu.
Wyślę Dzieciom, niech ocenią czy rzeczywiście wyglądam w tych spodniach jak potwór. Wszak zawsze mówię, że trzeba się umieć z godnością starzeć. Może to niegodnie starzeć się w pomarańczowych rybaczkach.
Zrobił, wysłał,dziewczyny obejrzały.
Emilka: oooooooo jaki cudowny jest ten fotel.
Paulinka: nie pasują ci te czerwone paznokcie do spodni.
I teraz nie wiem; spodnie wyrzucić czy paznokcie przemalować...
niedziela, 13 maja 2012
Kwiaty
W drodze do kościoła zabraliśmy Celinkę czekającą na autobus.
I tym razem dobry uczynek nie został słusznie ukarany. Został nagrodzony.
Otóż okazało się, że Celinka wiezie mnóstwo świeżutkich, "jeszcze ciepłych" konwalii, wprost ze swego ogródka.
Dostałam kilka.
I od razu rozległy się głosy: "oooo, masz dziś urodziny?", "oooo, dostałaś od Romka?".
A więc: nie!
Nie mam dziś urodzin. Te mam za kilka dni dopiero.
I nie, nie dostałam od Romka.
Bowiem Mój Mąż wie do czego służą kwiaty.A dzięki temu, że spędziłam z Nim bez mała 40 lat, ja również to wiem. Taka na przykład wyżej wymieniona konwalia służy do produkcji leków nasercowych. A dziurawiec- na wszystko. A akacja z kolei jest przepyszna jak ją usmażyć w cieście naleśnikowym...
Mój Mąż wie równie doskonale do czego kwiaty nie służą. A dzięki temu, że spędziłam z Nim bez mała 40 lat, ja również to wiem.
Kwiaty NIE służą do tego żeby je dawać żonie.
I tym razem dobry uczynek nie został słusznie ukarany. Został nagrodzony.
Otóż okazało się, że Celinka wiezie mnóstwo świeżutkich, "jeszcze ciepłych" konwalii, wprost ze swego ogródka.
Dostałam kilka.
I od razu rozległy się głosy: "oooo, masz dziś urodziny?", "oooo, dostałaś od Romka?".
A więc: nie!
Nie mam dziś urodzin. Te mam za kilka dni dopiero.
I nie, nie dostałam od Romka.
Bowiem Mój Mąż wie do czego służą kwiaty.A dzięki temu, że spędziłam z Nim bez mała 40 lat, ja również to wiem. Taka na przykład wyżej wymieniona konwalia służy do produkcji leków nasercowych. A dziurawiec- na wszystko. A akacja z kolei jest przepyszna jak ją usmażyć w cieście naleśnikowym...
Mój Mąż wie równie doskonale do czego kwiaty nie służą. A dzięki temu, że spędziłam z Nim bez mała 40 lat, ja również to wiem.
Kwiaty NIE służą do tego żeby je dawać żonie.
sobota, 12 maja 2012
***
Sobota. Wideokonferencja "Przez śmiech do lepszego małżeństwa".
Rozmowy w przerwie...
Na moją uwagę: "nie mogę uwierzyć, że Bóg stworzył coś tak prymitywnego jak mężczyzna" słyszę odpowiedź Aldony: "cep też jest prymitywny, a jaki skuteczny."
Rozmowy w przerwie...
Na moją uwagę: "nie mogę uwierzyć, że Bóg stworzył coś tak prymitywnego jak mężczyzna" słyszę odpowiedź Aldony: "cep też jest prymitywny, a jaki skuteczny."
niedziela, 6 maja 2012
niedziela, 22 kwietnia 2012
Odrobina techniki i człowiek się gubi
Hurra !!! Słyszę. Od czwartku słyszę. Pan laryngolog był tak uprzejmy, że nie kazał mi czekać do 20 maja i wykonał zabieg"udrożnienia" mego ucha.
A przy okazji całkiem odkrył, że mam przewlekłe zapalenie zatok...Dostałam antybiotyki, poczytałam na co szkodzą. Zmartwiłam się, że z lekami na alergię nie można ich zażywać. Posiedziałam, pomyślałam i stwierdziłam:"raz kozie śmierć"...
I jem: antybiotyki, leki na alergię, witaminki, osłonowe na wątrobę...A dziś rankiem rozbolało mnie gardło (chociaż septoletę też jem od paru dni...)i zaczęłam kaszleć jak...okropnie.
No to udałam się do domowej apteczki i znalazłam syrop.I tu zaczęły się schody...bo nijak nie potrafię otworzyć butelki z zabezpieczeniem. Nigdy nie umiałam. Jak miałam małe dzieci to po prostu psułam to zabezpieczenie. Teraz technika poszła do przodu i się nie da popsuć. Nawet mój domowy Mac Gyver nie potrafi.
Jak stwierdził:"to takie zabezpieczenie jest, przed dziećmi i przed Magdą".
Póki co, trzymam syrop otwarty...Ale jutro wychodzę na cały dzień i musiałabym go ze sobą zabrać.I co? Przelać do czegoś? Jedyne co mi przychodzi na myśl to butelka po wodzie mineralnej. Trochę duża...nawet ta najmniejsza.
Wyszło mi, że będę niosła otwartą butelkę syropu w garści...
I mam nadzieję, że zbyt wielkiego tłoku w autobusie nie będzie.
A przy okazji całkiem odkrył, że mam przewlekłe zapalenie zatok...Dostałam antybiotyki, poczytałam na co szkodzą. Zmartwiłam się, że z lekami na alergię nie można ich zażywać. Posiedziałam, pomyślałam i stwierdziłam:"raz kozie śmierć"...
I jem: antybiotyki, leki na alergię, witaminki, osłonowe na wątrobę...A dziś rankiem rozbolało mnie gardło (chociaż septoletę też jem od paru dni...)i zaczęłam kaszleć jak...okropnie.
No to udałam się do domowej apteczki i znalazłam syrop.I tu zaczęły się schody...bo nijak nie potrafię otworzyć butelki z zabezpieczeniem. Nigdy nie umiałam. Jak miałam małe dzieci to po prostu psułam to zabezpieczenie. Teraz technika poszła do przodu i się nie da popsuć. Nawet mój domowy Mac Gyver nie potrafi.
Jak stwierdził:"to takie zabezpieczenie jest, przed dziećmi i przed Magdą".
Póki co, trzymam syrop otwarty...Ale jutro wychodzę na cały dzień i musiałabym go ze sobą zabrać.I co? Przelać do czegoś? Jedyne co mi przychodzi na myśl to butelka po wodzie mineralnej. Trochę duża...nawet ta najmniejsza.
Wyszło mi, że będę niosła otwartą butelkę syropu w garści...
I mam nadzieję, że zbyt wielkiego tłoku w autobusie nie będzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)