Wróciłam wczoraj z lotniska. Romek rozebrał był szafę, która zachciała iść na emeryturę. Zrobiłam Mu kawkę. Bo On zapracowany był i nie miała Mu kto zrobić.
Siedliśmy sobie przy tej Jego kawce i zapytałam, czy mógłby mnie zawieźć do sklepu.
Nie, nie mógłby. Bo zmęczony jest i nie chce Mu się przebierać.
Zrobiło mi się przykro. Ale szybciutko sobie wytłumaczyłam, że naprawdę zmęczony (wszak wrócił z pracy i od razu zabrał się za tę szafę nieszczęsną...), że możemy pojechać jutro i że po co głupotami psuć sobie wieczór.
I kiedy już sobie tak starannie to wytłumaczyłam, kiedy Romek wypił ze dwa łyki kawy, którą Mu zrobiłam bo sam nie miał czasu i był zapracowany i zmęczony - ktoś zapukał...
Sąsiadka, okazało się. Która chciała pożyczyć 150 zł,- .A jeżeli nie mamy (a nie mieliśmy), to czy pan sąsiad nie mógłby pójść do bankomatu i wyjąć bo ona naprawdę bardzo potrzebuje...
Pan sąsiad rzekł: "tylko się przebiorę i zaraz pójdę."
Jak powiedział, tak uczynił.
A ja od tego czasu siedzę i myślę ... kosz na pranie mi się popsuł parę dni temu. Zapasowy jest w piwnicy. Powiedzieć Romkowi, żeby przyniósł. Czy pójść do sąsiadki i poprosić, żeby poprosiła pana sąsiada żeby tej pani sąsiadce, co z nim mieszka przyniósł kosz na pranie z piwnicy. Bo jej się popsuł. A ona do piwnicy wstępu nie ma.
Bo to wszak królestwo pana sąsiada.
--------------------------------------------------------------------
Sąsiadka w latach jest, tak po siedemdziesiątce. Nie myślcie sobie.
wtorek, 7 czerwca 2016
wtorek, 26 kwietnia 2016
Podróże
... małe i duże.
Ta jest duża, wielka, ogromna!!!
Bo to podróż mego życia!!!
Bagaże spakowane.
Przynajmniej częściowo! Znaczy: moje. Romka "w lesie". A Grażynka z Grzesiem dopakują się jutro. Jako, że bagaż rejestrowany posiadamy jeden i właścicielem owego jest Romek.
Ale nic to takie drobiazgi!!!
Jeśli rozmawiamy o bagażu rejestrowanym.
Bo na przykład bagaż podręczny... o, to już jest większy problem.
Bo Romek na hasło "bagaż podręczny" przyjmuje taki mniej-więcej wygląd:
Tych, co trzymają kciuki - niechaj trzymają.
a wszystkich Naszych Przyjaciół (wspólnych oraz indywidualnych) o dobre myśli!
Ta jest duża, wielka, ogromna!!!
Bo to podróż mego życia!!!
Bagaże spakowane.
Ale nic to takie drobiazgi!!!
Jeśli rozmawiamy o bagażu rejestrowanym.
Bo na przykład bagaż podręczny... o, to już jest większy problem.
Bo Romek na hasło "bagaż podręczny" przyjmuje taki mniej-więcej wygląd:
Dlaczego? Otóż dlatego, że (nie wiedzieć czemu) jest przekonany, że prócz biletu i paszportu, wszystko inne jest stanowczo zakazane. No, może jeszcze książkę można. I na nic tłumaczenie, że więcej można niż nie można.
Ale dla mnie to nie pierwszyzna (tłumaczenie Mu) więc nie spędza mi to snu z powiek.
Mam wiele innych spraw, które mi sen spędzają !
A więc Mili Moi paszporty tudzież walutę w garść
I:
_ WITAJ PRZYGODO!!!
______________________
Do popisania i poczytania po powrocie!
Tych, co się modlą prosimy o modlitwy.
Niechaj to naprawdę będzie
PODRÓŻ NASZEGO ŻYCIA.
wtorek, 8 marca 2016
Święto
Myślicie pewnie, że dziś Dzień Kobiet?
No i dobrze myślicie. Dzień Kobiet jak drut. I wcale nie straciło na ważności mimo, że wszyscy je o komunistyczne korzenie posądzają.
Byłam dziś w "Biedronce" i widziałam jak się panowie do owego Święta przygotowują. Ładnie się przygotowują: kwiatki kupują, czekoladki różnego autoramentu. Oraz napitki wszelakie... (nie wnikam, kto będzie używał a kto ... nadużywał :) )
Świętujmy!!! Bo miło jest mieć Dzień Kobiet przez cały rok. Ale równie miło jest mieć Dzień Kobiet w ... Dniu Kobiet.
Ale ja dziś nie o Dniu Kobiet chciałam...
Ja chcę tu niniejszym ogłosić coś, o czym niewielu wie a wielu jest zainteresowanych.
Ja jestem. Bo to Święto Mojego Wojtusia!
Dziś
DZIEŃ RUDYCH
Wszystkiego dobrego Mój Rudy Wnuczku!!!
No i dobrze myślicie. Dzień Kobiet jak drut. I wcale nie straciło na ważności mimo, że wszyscy je o komunistyczne korzenie posądzają.
Byłam dziś w "Biedronce" i widziałam jak się panowie do owego Święta przygotowują. Ładnie się przygotowują: kwiatki kupują, czekoladki różnego autoramentu. Oraz napitki wszelakie... (nie wnikam, kto będzie używał a kto ... nadużywał :) )
Świętujmy!!! Bo miło jest mieć Dzień Kobiet przez cały rok. Ale równie miło jest mieć Dzień Kobiet w ... Dniu Kobiet.
Ale ja dziś nie o Dniu Kobiet chciałam...
Ja chcę tu niniejszym ogłosić coś, o czym niewielu wie a wielu jest zainteresowanych.
Ja jestem. Bo to Święto Mojego Wojtusia!
Dziś
DZIEŃ RUDYCH
Wszystkiego dobrego Mój Rudy Wnuczku!!!
poniedziałek, 7 marca 2016
Reportaż z podróży
Co jakiś czas odwiedzamy Wrocław - nasze miasto rodzinne. Nie żebyśmy za nim jakoś specjalnie tęsknili: Teściowa tam została ("komu mama,komu teściowa" mówi Romek w takim momencie).
No, niech będzie Mama-Teściowa tam sobie mieszka. W latach jest i nogi Ją nie chcą nosić to odwiedziny odbywają się w jedną stronę. W miarę regularnie.
Wypadło na wczoraj.
A ponieważ jeszcze parę rzeczy było do załatwienia - należało wyjechać o odpowiedniej porze. Czyli wcześnie. Udaje nam się to jedynie w przypadku kiedy jedzie z nami nasz Ulubiony Wujek Zbyszek. Tym razem nie jechał i z naszego wcześnie zrobiło się późno...
Tuż za rogatkami Rydułtów zorientowałam się, że nie mamy nic do picia. Trzeba poszukać jakiegoś wodopoju i zaopatrzyć się w życiodajne płyny. ..
Znalazł się takowy we wsi o wdzięcznej nazwie Ciężkowice: spory sklep, rozległy parking. A ja uwielbiam wiejskie sklepy, w których można kupić "szwarc*, mydło i powidło" jak mawiała moja Mamusia. Napoje również. Nawet wyskokowe. Mnie wystarczyła woda mineralna. Romkowi czekolada.
I pakujemy się do autka.
Ja się pakuję. Romek robi zdjęcia pałacyku...
W trakcie tego pakowania wystawiłam butelkę z wodą tak starą, że w kałuży jest mniej bakterii i zarazków. Nie wyrzuciłam, o nie, wszak to woda mego Męża. Nie chcielibyście słyszeć tego marudzenia gdybym ją wyrzuciła. Ja też nie chciałam.
Ale! Ale w międzyczasie Romek obfotografował pałacyk i zamknął drzwi z mojej strony. Zamknęły się, a jakże. Tyle, że na butelce, którą tam wystawiłam.
I okazało się, że składają się one z farby i szpachlówki. Wafelek po prostu.
Oczywiście marudzenia nie uniknęłam. Temat tylko się zmienił.
We Wrocławiu okazało się, że jeden z głównych powodów, dla którego tam przyjechaliśmy jest nieobecny (planowaliśmy kupić szekle, taką walutę)... Za to Wrocław - nasze miasto rodzinne - który znamy, ma się tak do obecnego jak ... no, nie ma się wcale! Tam, gdzie kiedyś były jezdnie, teraz są deptaki, tak, gdzie był deptak, teraz jest tunel zamknięty na głucho. A uliczki takie jakieś wąskie, że naprawdę doceniam gabaryty tico.
Szekle nieobecne, Teściowa-Mama za to jak najbardziej. Wprawdzie czasu nam starczyło na herbatę, obiad i kawę ale udało nam się wspólnymi siłami uruchomić telefon dla seniora. Co jest dużym sukcesem bo egzemplarz, który rozpracowaliśmy wyraźnie dowodził, że seniorzy muszą być super sprytni i inteligentni, a do tego mieć sokoli wzrok żeby się owym telefonem posługiwać.
Szczęśliwie Mamie tylko nogi szwankują.
W drodze powrotnej dowiedzieliśmy się, że przejazd autostradą na odcinku Wrocław - Strzegom kosztuje 1,10 zł !
A mówią, że taka drożyzna!
W okolicach Strzegomia pogonili nas z autostrady na boczne drogi, podając kłamliwie informacje o wypadku
.Pogonili to właściwie nie jest prawidłowe określenie bośmy stali/jechali/ciągnęli się w korku ponad godzinę.
A potem już śmignęliśmy do domu bardzo bocznymi drogami. Cztery i pół godziny tak śmigaliśmy...
W sumie prawie 5 godzin w samochodzie plus 4 na stołkach w kuchni Teściowej...
Nie wyglądaliśmy tak:
Zapewniam, że zdoła inaczej...
Bo to wszak tico a nie mercedes.
A na koniec wisienka na torcie:
Otóż:
Zawsze albo prawie zawsze, jadąc do Wrocławia, zaliczamy sklep o wdzięcznej nazwie "IKEA".
I tym razem nie mogło być inaczej.
Podjechaliśmy na parking, zrobiliśmy zakupy, wracamy... Romek pyta: "a gdzie ja mam klucz?". Ponieważ to stały Jego tekst - nie zareagowałam.
Ale tuż przy samochodzie słyszę:"czyżby w środku?"
No, w środku! Siedział sobie w stacyjce, ozdobiony wielkim łańcuchem, doskonale widoczny!
Miałam drugi. Na szczęście. I na Romkowe zapominalstwo.
Ale nie bardzo się okazał potrzebny. Bo jak się już zapakowaliśmy, ogaciliśmy, przygotowaliśmy do podróży... to się okazało, że okna z obu stron zostawiliśmy otwarte!
Dobrze, że to tico a nie mercedes !
----------------------------------------------
* "Szwarc" to czarna pasta do butów. Jednym słowem taki to sklep, gdzie można dostać wszystko: taki wiejski Auchan.
No, niech będzie Mama-Teściowa tam sobie mieszka. W latach jest i nogi Ją nie chcą nosić to odwiedziny odbywają się w jedną stronę. W miarę regularnie.
Wypadło na wczoraj.
A ponieważ jeszcze parę rzeczy było do załatwienia - należało wyjechać o odpowiedniej porze. Czyli wcześnie. Udaje nam się to jedynie w przypadku kiedy jedzie z nami nasz Ulubiony Wujek Zbyszek. Tym razem nie jechał i z naszego wcześnie zrobiło się późno...
Tuż za rogatkami Rydułtów zorientowałam się, że nie mamy nic do picia. Trzeba poszukać jakiegoś wodopoju i zaopatrzyć się w życiodajne płyny. ..
Znalazł się takowy we wsi o wdzięcznej nazwie Ciężkowice: spory sklep, rozległy parking. A ja uwielbiam wiejskie sklepy, w których można kupić "szwarc*, mydło i powidło" jak mawiała moja Mamusia. Napoje również. Nawet wyskokowe. Mnie wystarczyła woda mineralna. Romkowi czekolada.
I pakujemy się do autka.
Ja się pakuję. Romek robi zdjęcia pałacyku...
W trakcie tego pakowania wystawiłam butelkę z wodą tak starą, że w kałuży jest mniej bakterii i zarazków. Nie wyrzuciłam, o nie, wszak to woda mego Męża. Nie chcielibyście słyszeć tego marudzenia gdybym ją wyrzuciła. Ja też nie chciałam.
Ale! Ale w międzyczasie Romek obfotografował pałacyk i zamknął drzwi z mojej strony. Zamknęły się, a jakże. Tyle, że na butelce, którą tam wystawiłam.
I okazało się, że składają się one z farby i szpachlówki. Wafelek po prostu.
Oczywiście marudzenia nie uniknęłam. Temat tylko się zmienił.
We Wrocławiu okazało się, że jeden z głównych powodów, dla którego tam przyjechaliśmy jest nieobecny (planowaliśmy kupić szekle, taką walutę)... Za to Wrocław - nasze miasto rodzinne - który znamy, ma się tak do obecnego jak ... no, nie ma się wcale! Tam, gdzie kiedyś były jezdnie, teraz są deptaki, tak, gdzie był deptak, teraz jest tunel zamknięty na głucho. A uliczki takie jakieś wąskie, że naprawdę doceniam gabaryty tico.
Szekle nieobecne, Teściowa-Mama za to jak najbardziej. Wprawdzie czasu nam starczyło na herbatę, obiad i kawę ale udało nam się wspólnymi siłami uruchomić telefon dla seniora. Co jest dużym sukcesem bo egzemplarz, który rozpracowaliśmy wyraźnie dowodził, że seniorzy muszą być super sprytni i inteligentni, a do tego mieć sokoli wzrok żeby się owym telefonem posługiwać.
Szczęśliwie Mamie tylko nogi szwankują.
W drodze powrotnej dowiedzieliśmy się, że przejazd autostradą na odcinku Wrocław - Strzegom kosztuje 1,10 zł !
A mówią, że taka drożyzna!
W okolicach Strzegomia pogonili nas z autostrady na boczne drogi, podając kłamliwie informacje o wypadku
.Pogonili to właściwie nie jest prawidłowe określenie bośmy stali/jechali/ciągnęli się w korku ponad godzinę.
A potem już śmignęliśmy do domu bardzo bocznymi drogami. Cztery i pół godziny tak śmigaliśmy...
W sumie prawie 5 godzin w samochodzie plus 4 na stołkach w kuchni Teściowej...
Nie wyglądaliśmy tak:
Zapewniam, że zdoła inaczej...
Bo to wszak tico a nie mercedes.
A na koniec wisienka na torcie:
Otóż:
Zawsze albo prawie zawsze, jadąc do Wrocławia, zaliczamy sklep o wdzięcznej nazwie "IKEA".
I tym razem nie mogło być inaczej.
Podjechaliśmy na parking, zrobiliśmy zakupy, wracamy... Romek pyta: "a gdzie ja mam klucz?". Ponieważ to stały Jego tekst - nie zareagowałam.
Ale tuż przy samochodzie słyszę:"czyżby w środku?"
No, w środku! Siedział sobie w stacyjce, ozdobiony wielkim łańcuchem, doskonale widoczny!
Miałam drugi. Na szczęście. I na Romkowe zapominalstwo.
Ale nie bardzo się okazał potrzebny. Bo jak się już zapakowaliśmy, ogaciliśmy, przygotowaliśmy do podróży... to się okazało, że okna z obu stron zostawiliśmy otwarte!
Dobrze, że to tico a nie mercedes !
----------------------------------------------
* "Szwarc" to czarna pasta do butów. Jednym słowem taki to sklep, gdzie można dostać wszystko: taki wiejski Auchan.
czwartek, 25 lutego 2016
"Nie"
Czy w moim wieku można zrobić coś pierwszy raz?
Można. Można na przykład zostać babcią. Ale ja miałam ten przywilej, że babcią zostałam prawie 17 lat temu.
I wydawało mi się (ba, byłam pewna!), że nie ma rzeczy, której już nie zrobiłam. Że przez 60 lat życia zrobiłam już wszystko.
I nie mówię tu o historiach typu: zdobyć Mount Everest, Biegun Północny, odbyć podróż dookoła świata czy skoczyć na bungee.
Mówię o zwykłym codziennym życiu.
A jednak...
Po raz pierwszy w życiu powiedziałam: "nie".
Ja mam świadomość, że osoba, którą spotkał ten wątpliwy zaszczyt pewnie nawet tego nie zauważyła. Ale dla mnie to było zwycięstwo. Na sobą.
Żeby nie było:
wiele razy w życiu używałam słówka: "nie".
Ale to zawsze było: "nie, bo............" i tu następowało uzasadnienie dlaczego nie.
I zawsze czułam się z tego powodu źle: nieuprzejma, nieuczynna, leniwa ... i różne takie. I zawsze miałam poczucie winy. A trzeba dodać, że moje poczucie obowiązku nie tolerowało czegoś takiego jak odmowa.
Pamiętam pewne wydarzenie, którego bohaterką była Moja Córka Paulinka- namiętna czytelniczka i osoba mająca książki w wielkim poważaniu. Której książek ustawionych starannie na półkach nie śmiało ruszyć nawet 5-miesięczne niemowlę (Lusia).
Rzecz działa się jakiś czas temu (Paulinka była nastolatką, dziś ma nastoletnią Córkę).
Pożyczyła książkę córce sąsiadki. Zwrócono ją zniszczoną.
Kiedy sąsiadka przyszła pożyczyć następną książkę, Paulinka po prostu powiedziała; "nie".
Moja pierwsza myśl była: "Boże, co ja wychowałam...".
Wtedy. Bo od tego czasu moje myślenie bardzo się zmieniło.
Podziwiałam taką postawę. I przykro mi było, ze sama nie potrafię.
No i przyszedł moment, że i ja powiedziałam:"nie".
Ale wiele musiało się wydarzyć zanim sobie dałam na to pozwolenie.
I tak naprawdę nigdy nie pracowałam nad tym, żeby się tego nauczyć. Do głowy mi nie przychodziło, że można. A raczej, że ja też mogę!!!
Ale mogę. Zrobiłam to.
Wreszcie.
Czuję się wyzwolona.
I prawda, zawarta w cytacie, który niedawno odkryłam, okazała się być głęboka i oczyszczająca.
Oto i on:
"NIE ! to zdanie jednowyrazowe. I nigdy nie należy go rozbudowywać."
Można. Można na przykład zostać babcią. Ale ja miałam ten przywilej, że babcią zostałam prawie 17 lat temu.
I wydawało mi się (ba, byłam pewna!), że nie ma rzeczy, której już nie zrobiłam. Że przez 60 lat życia zrobiłam już wszystko.
I nie mówię tu o historiach typu: zdobyć Mount Everest, Biegun Północny, odbyć podróż dookoła świata czy skoczyć na bungee.
Mówię o zwykłym codziennym życiu.
A jednak...
Po raz pierwszy w życiu powiedziałam: "nie".
Ja mam świadomość, że osoba, którą spotkał ten wątpliwy zaszczyt pewnie nawet tego nie zauważyła. Ale dla mnie to było zwycięstwo. Na sobą.
Żeby nie było:
wiele razy w życiu używałam słówka: "nie".
Ale to zawsze było: "nie, bo............" i tu następowało uzasadnienie dlaczego nie.
I zawsze czułam się z tego powodu źle: nieuprzejma, nieuczynna, leniwa ... i różne takie. I zawsze miałam poczucie winy. A trzeba dodać, że moje poczucie obowiązku nie tolerowało czegoś takiego jak odmowa.
Pamiętam pewne wydarzenie, którego bohaterką była Moja Córka Paulinka- namiętna czytelniczka i osoba mająca książki w wielkim poważaniu. Której książek ustawionych starannie na półkach nie śmiało ruszyć nawet 5-miesięczne niemowlę (Lusia).
Rzecz działa się jakiś czas temu (Paulinka była nastolatką, dziś ma nastoletnią Córkę).
Pożyczyła książkę córce sąsiadki. Zwrócono ją zniszczoną.
Kiedy sąsiadka przyszła pożyczyć następną książkę, Paulinka po prostu powiedziała; "nie".
Moja pierwsza myśl była: "Boże, co ja wychowałam...".
Wtedy. Bo od tego czasu moje myślenie bardzo się zmieniło.
Podziwiałam taką postawę. I przykro mi było, ze sama nie potrafię.
No i przyszedł moment, że i ja powiedziałam:"nie".
Ale wiele musiało się wydarzyć zanim sobie dałam na to pozwolenie.
I tak naprawdę nigdy nie pracowałam nad tym, żeby się tego nauczyć. Do głowy mi nie przychodziło, że można. A raczej, że ja też mogę!!!
Ale mogę. Zrobiłam to.
Wreszcie.
Czuję się wyzwolona.
I prawda, zawarta w cytacie, który niedawno odkryłam, okazała się być głęboka i oczyszczająca.
Oto i on:
"NIE ! to zdanie jednowyrazowe. I nigdy nie należy go rozbudowywać."
piątek, 29 stycznia 2016
Chory Romek
Romek choruje.
A raczej podzieliłam się z Nim swoją chorobą i chorujemy teraz razem.
Ale zgoła inaczej.
Ja:
Jęczę, marudzę, płaczę, potrzebuję pomocy i zainteresowania. I żeby ktoś się ulitował. I pogłaskał po główce. I zapewnił, że będę żyć. I dostarczył 10 ton chusteczek. I 500 litrów herbaty.
I trwa to już trzeci tydzień.
Romek:
Wieczorem powiedział, że Go w kościach łamie i ma dreszcze. I poszedł spać. Wstał rano, poszedł do pracy.
Po powrocie, o 16.00, poinformował mnie, że jest chory, zjadł jakiś gripex, położył się do łóżka. Obudził się o 4.00. poszedł do pracy.
Właśnie wrócił i stwierdził: dziś nie idę spać, jestem zdrowy.
KONIEC
A raczej podzieliłam się z Nim swoją chorobą i chorujemy teraz razem.
Ale zgoła inaczej.
Ja:
Jęczę, marudzę, płaczę, potrzebuję pomocy i zainteresowania. I żeby ktoś się ulitował. I pogłaskał po główce. I zapewnił, że będę żyć. I dostarczył 10 ton chusteczek. I 500 litrów herbaty.
I trwa to już trzeci tydzień.
Romek:
Wieczorem powiedział, że Go w kościach łamie i ma dreszcze. I poszedł spać. Wstał rano, poszedł do pracy.
Po powrocie, o 16.00, poinformował mnie, że jest chory, zjadł jakiś gripex, położył się do łóżka. Obudził się o 4.00. poszedł do pracy.
Właśnie wrócił i stwierdził: dziś nie idę spać, jestem zdrowy.
KONIEC
wtorek, 26 stycznia 2016
Tresura
Dziś będzie o sedesie. Poniekąd.
A ściślej - o desce sedesowej.
I o Romku. Bo jakże by mogło być inaczej.
Wiadomo wszem i wobec, że najwięcej konfliktów małżeńskich powodują źle wyciskana pasta do zębów i notorycznie nie opuszczana deska sedesowa.
Jeśli chodzi o pastę do zębów to żadnemu z nas nigdy nie przeszkadzała zdemolowana tubka. A co za tym idzie - nie było konfliktów.
Natomiast deska-sedeska...
Wyszłam z domu, gdzie było trzech facetów: tatuś i dwóch braci. I w którym zawsze, ZAWSZE, była opuszczona deska w ubikacji.
Dlatego dla mnie to była oczywistość. I do głowy by mi nie przyszło, że można inaczej.
I jak wyszłam za mąż - nic się nie zmieniło. Ja dalej byłam przekonana co do tej oczywistości, a Romek po prostu się dostosował.
A jeszcze jak się dowiedziałam, że siła wody wylatująca ze spłuczki "rozrzuca" bakterie na odległość 7 metrów ...
No, przy mojej zwyrodniałej wyobraźni: te wszystkie ohydztwa na mojej szczoteczce do zębów... bleee!
Fobie matek przechodzą na Córki... na moje też przeszły. I na Ich mężów. I na ich dzieci.
I tak sobie żyjemy z tą deskowo-sedesową fobią. I jest nam dobrze. Chyba. Bo nikt się nie skarży.
A wczoraj deska w naszej ubikacji (z przyczyn nieistotnych) była podniesiona cały dzień.
A wieczorem Romek mnie zapytał, czy już można ją opuścić.
Potwierdziłam.
A On to skomentował: "Widzisz, jaki jestem wytresowany. Normalnie nieswojo się czuję jak widzę podniesiona deskę.".
Po czterdziestu latach okazało się, że wytresowany.
A ja myślałam, że On tak ma...
A ściślej - o desce sedesowej.
I o Romku. Bo jakże by mogło być inaczej.
Wiadomo wszem i wobec, że najwięcej konfliktów małżeńskich powodują źle wyciskana pasta do zębów i notorycznie nie opuszczana deska sedesowa.
Jeśli chodzi o pastę do zębów to żadnemu z nas nigdy nie przeszkadzała zdemolowana tubka. A co za tym idzie - nie było konfliktów.
Natomiast deska-sedeska...
Wyszłam z domu, gdzie było trzech facetów: tatuś i dwóch braci. I w którym zawsze, ZAWSZE, była opuszczona deska w ubikacji.
Dlatego dla mnie to była oczywistość. I do głowy by mi nie przyszło, że można inaczej.
I jak wyszłam za mąż - nic się nie zmieniło. Ja dalej byłam przekonana co do tej oczywistości, a Romek po prostu się dostosował.
A jeszcze jak się dowiedziałam, że siła wody wylatująca ze spłuczki "rozrzuca" bakterie na odległość 7 metrów ...
No, przy mojej zwyrodniałej wyobraźni: te wszystkie ohydztwa na mojej szczoteczce do zębów... bleee!
Fobie matek przechodzą na Córki... na moje też przeszły. I na Ich mężów. I na ich dzieci.
I tak sobie żyjemy z tą deskowo-sedesową fobią. I jest nam dobrze. Chyba. Bo nikt się nie skarży.
A wczoraj deska w naszej ubikacji (z przyczyn nieistotnych) była podniesiona cały dzień.
A wieczorem Romek mnie zapytał, czy już można ją opuścić.
Potwierdziłam.
A On to skomentował: "Widzisz, jaki jestem wytresowany. Normalnie nieswojo się czuję jak widzę podniesiona deskę.".
Po czterdziestu latach okazało się, że wytresowany.
A ja myślałam, że On tak ma...
Subskrybuj:
Posty (Atom)











