Wakacje się odbyły.
Jako ewidentne dowody tego, posiadamy:
1.opaleniznę - ja równomiernie brązową, Romek w "zeberkę"
2."kupkę" zdjęć - oczywiście wirtualnych, zmaterializują się za jakiś czas (jak Córki przetworzą je na album)
3.po parę dodatkowych kilogramów na wadze - ja zdecydowanie więcej niż Romek (NIENAWIDZĘ Go!!!!!!!!!!!!!!)
4.prezenty dla najmilszych - to jest "oczywista oczywistość"
5. tak zwane "pamiątki z wakacji" - ponieważ nie znosimy tzw. "durnostojek" (bo jak stoją na regale na przykład to biedny kurz nie ma gdzie leżeć; a on wszak jest po to żeby leżał!) więc nasze pamiątki to są raczej typu: "a pamiętasz..."
I ja mam teraz łatwiej. Bo mogę sobie zapisać i przeczytać. Jakbym zapomniała.
No to zaczynajmy wspominać...
Szczególnym wydarzeniem była tym razem podróż . Autokar pełen wczasowiczów, którzy swoją przygodę zaczęli bladym świtem... Wyjazd zaplanowany był na 6.00 - blady świt, jakby nie patrzeć. Dla części "wędrowców" szum silnika był sygnałem do oficjalnego rozpoczęcia urlopu... No i rozpoczęli. Tak skutecznie, że w okolicach godziny dziewiątej owi "wędrowcy" z dużym trudem się przemieszczali w pionie. Ale szczęśliwie pieśni chóralnych typu; "szła dzieweczka do laseczka " nie było.
Ja normalnie podróż każdym środkiem lokomocji przesypiam. Możliwości mam nieograniczone...Szczególnie nieograniczone czasem. Jest mi zdecydowanie wszystko jedno czym jadę i jak długo. Równie dobrze śpi mi się na trasie Rydułtowy-Rybnik, jak i Rybnik-Londyn. Zrozumiałe, że trasa "pośrednia": Pawłowice-Karwia nie powinna była stanowić problemu.
Otóż okazało się, że stanowi...
Bo po a) nie mogłam się nadziwić jak można się alkoholizować w tak wczesnych godzinach porannych (tak, wiem, jestem naiwna!); a po b) jechaliśmy trasą, która obfitowała w tak atrakcyjne nazwy miejscowości, że musiałam, no MUSIAŁAM je zanotować.
I tak oto powstała lista przeciekawych nazw miasteczek i wsi na trasie południe- północ Polski.
Wszystkie są autentyczne. Niektóre zabawne, inne nie do wymówienia przez "ululanego" polaka. A co dopiero przez obcokrajowca...Nawet trzeźwego. Bo już "ululany" obcokrajowiec w ogóle nie wchodzi w grę.
A więc droga nas wiodła przez:
Warząchewkę Królewską - cudo!
Pińczatę
Kozy, Koziegłowy, tudzież Koziegłówki
Brzyskorzystewko
Przywieczerzyn
Ujmę Dużą
Zęgwirt
Żegląd
Sztyngwag
oraz Wiąg!!!!
Po to żeby na końcu uraczyć nas widokiem wielkiego banera z napisem "Odzieżowo-Metalowa Spółdzielnia Pracy"!!! Jak nic szyją zbroje i kolczugi!
Nie będę pisać o pogodzie, bo ta jest zawsze. Choć nie zawsze ładna. A jak niezbyt ładna to co można robić??? No i tu ukłon w stronę Mojej Córki- polonistki: szoping. Można robić szoping. Jak się jest na wczasach w nadmorskiej miejscowości "oblepionej" po prostu szopami z różnymi dobrami , na które wydajesz ciężko, przez cały rok wydane pieniążki. Ale żeby było bardziej po polsku, to Mój Mąż określił to mianem "straganing". Też ładnie.
A w drodze powrotnej powrotnej ze "szopingu-straganingu"dowiedziałam się czegoś absolutnie nowego o Swoim mężu.
Otóż:
siedzimy na przystanku, czekamy na autobus, ławka jedna, niezbyt obszerna, ludzi...trochę. Podchodzą dwie panie w bardzo słusznym wieku. Jedna jeszcze się "załapuje"na miejsce na ławce, druga staje skromnie z boku... Romek wstaje, aby sobie pani mogła usiąść, pani oczywiście się kryguje, że postoi. Ja rzucam: proszę usiąść, przecież Mój Móż umarłby ze wstydu jakby siedział,a pani nad nim stała.
I wtedy pani siada ze słowami:" no przecież nie mogę pozwolić żeby taki ładny chłopiec umarł ze wstydu."
Ładny chłopiec. Bez komentarza.
Dzień szczególnie zimny. Na termometrach jakieś 13 stopni. Ja we wszystkich ciepłych ubrankach, zakucitana w koce, z ciepłym termoforkiem, wiaderkiem herbatki ... Romek w krótkich spodniach , bluzce bez rękawów. Chodzi po pokoju i się trzęsie z zimna. Zmusiłam groźbami karalnymi żeby się ogacił. Trwało długo, bo trzeba być twardym...Ale wreszcie się ubrał: długie spodnie, skarpety, jakieś bluzy, kamizelka z polaru.Pije herbatkę i nie zakłóca mi ciszy szczękaniem zębów.
Pytam: cieplej Ci?
A On na to : tak. Od herbaty.
A potem jeszcze latał po plaży gołkiem żeby na zdjęciach było widać, że piękna pogoda.
Teraz żre gripex i inne rutinoscorbiny. Bo niewyraźnie wygląda.
Kocham Go.
Wszak jest ładnym chłopcem...
wtorek, 13 września 2011
środa, 31 sierpnia 2011
Miłość mojego życia
W związku z nękającą mnie od jakiegoś czasu bezsennością - rozmyślam sobie nocami... A jak rozmyślam to i wspominam... I przypominam sobie różne wydarzenia z mojej młodości. Nawet - bywa - baaardzo wczesnej.
Dziś : około 4.30, kiedy to z objęć Morfeusza wyrwało mnie trzaśnięcie drzwiami przez Mego Męża udającego się do pracy.
Przecież nie wstanę o 4.30!!! Usnąć już także nie zdołam...No to sobie rozmyślałam... rozmyślałam...rozmyślałam... Aż z rozmyślań o problemach współczesności dotarłam do najgłębiej ukrytych wspomnień...
I znalazłam tam coś o czym nie wiedziałam, nie pamiętałam, nie spodziewałam się, że tam jest.
Moje własne wspomnienia mnie zaskoczyły!
A nie powinny; wszak MOJE one są.
Otóż w jakimś zakurzonym zakamarku tej szafki ze wspomnieniami jaką mam w mózgu ( a ja myślałam, że tam nie może być grama kurzu!- często bywam w tych rejonach!) znalazłam wspomnienie - UWAGA - wielkiej miłości mego życia.
Miałam wtedy jakieś 13 lat, On pewnie z 19... Ja byłam uczestniczką obozu harcerskiego, On tegoż obozu instruktorem...
Nie był przystojny, że tak powiem: wręcz przeciwnie, z tego co pamiętam: był...nieprzeciętnie przeciętny...(i jeszcze do tego bardzo średniego wzrostu)...
Ale miał cały szereg zalet, które stawiały go przed resztą facetów w tamtej rzeczywistości.
I teraz będzie o zaletach!!!
Że był miły , sympatyczny, uprzejmy i takie różne, to się samo przez się rozumie...
Ale miał coś jeszcze: traktował poważnie takiego dzieciaka jak ja (bo w tamtych czasach 13-latki to były dzieciaki- naprawdę!) : słuchał, rozumiał i rozmawiał ze mną!!!
No, czyż trzeba więcej dla rozwoju najbardziej płomiennego uczucia ???
Nie trzeba.
I tak trwałam w tej miłości przez cały obóz (wtedy obozy trwały 3 tygodnie!!!). I jeszcze jakieś 2 miesiące... Jeździłam przez cały Wrocław - żeby móc tylko z nim porozmawiać...
Dobrze, że miał siostrę w moim wieku, z którą się zaprzyjaźniłam. Bo inaczej ...pewnie, jak ten głupek, wystawałabym pod oknami.
(Co ciekawe: właśnie sobie uświadomiłam, że Mój Mąż również ma siostrę w moim wieku, z którą się swego czasu zaprzyjaźniłam... )
Moja wielka miłość miała na imię Wojtek.
Teraz mam malutkiego Wojtusia. I to kolejna (po Relusi i Mikołaju) moja Wielka Miłość!!!
Dziś : około 4.30, kiedy to z objęć Morfeusza wyrwało mnie trzaśnięcie drzwiami przez Mego Męża udającego się do pracy.
Przecież nie wstanę o 4.30!!! Usnąć już także nie zdołam...No to sobie rozmyślałam... rozmyślałam...rozmyślałam... Aż z rozmyślań o problemach współczesności dotarłam do najgłębiej ukrytych wspomnień...
I znalazłam tam coś o czym nie wiedziałam, nie pamiętałam, nie spodziewałam się, że tam jest.
Moje własne wspomnienia mnie zaskoczyły!
A nie powinny; wszak MOJE one są.
Otóż w jakimś zakurzonym zakamarku tej szafki ze wspomnieniami jaką mam w mózgu ( a ja myślałam, że tam nie może być grama kurzu!- często bywam w tych rejonach!) znalazłam wspomnienie - UWAGA - wielkiej miłości mego życia.
Miałam wtedy jakieś 13 lat, On pewnie z 19... Ja byłam uczestniczką obozu harcerskiego, On tegoż obozu instruktorem...
Nie był przystojny, że tak powiem: wręcz przeciwnie, z tego co pamiętam: był...nieprzeciętnie przeciętny...(i jeszcze do tego bardzo średniego wzrostu)...
Ale miał cały szereg zalet, które stawiały go przed resztą facetów w tamtej rzeczywistości.
I teraz będzie o zaletach!!!
Że był miły , sympatyczny, uprzejmy i takie różne, to się samo przez się rozumie...
Ale miał coś jeszcze: traktował poważnie takiego dzieciaka jak ja (bo w tamtych czasach 13-latki to były dzieciaki- naprawdę!) : słuchał, rozumiał i rozmawiał ze mną!!!
No, czyż trzeba więcej dla rozwoju najbardziej płomiennego uczucia ???
Nie trzeba.
I tak trwałam w tej miłości przez cały obóz (wtedy obozy trwały 3 tygodnie!!!). I jeszcze jakieś 2 miesiące... Jeździłam przez cały Wrocław - żeby móc tylko z nim porozmawiać...
Dobrze, że miał siostrę w moim wieku, z którą się zaprzyjaźniłam. Bo inaczej ...pewnie, jak ten głupek, wystawałabym pod oknami.
(Co ciekawe: właśnie sobie uświadomiłam, że Mój Mąż również ma siostrę w moim wieku, z którą się swego czasu zaprzyjaźniłam... )
Moja wielka miłość miała na imię Wojtek.
Teraz mam malutkiego Wojtusia. I to kolejna (po Relusi i Mikołaju) moja Wielka Miłość!!!
czwartek, 25 sierpnia 2011
Wsparcie
Galeria w Rybniku, ruchome schody. My- w górę; dziewczyna z krótkimi, cudownie rudymi włosami- w dół.
-Romek, chciałabym sobie ufarbować włosy na taki rudy...
-A ufarbuj sobie - słyszę - tylko nie przechodź koło stodoły.
-Romek, chciałabym sobie ufarbować włosy na taki rudy...
-A ufarbuj sobie - słyszę - tylko nie przechodź koło stodoły.
piątek, 19 sierpnia 2011
Uroki podróżowania
Nie mam wyobraźni. Znaczy: inaczej - -wśród rozlicznych rodzajów wyobraźni brakuje mi jednej, ściśle określonej. Otóż nie mam wyobraźni przestrzenno-geograficznej. A żeby było śmieszniej, dotyczy ona tylko jednego miejsca: Rybnika. Ilekroć się tam znajdę - zawsze zabłądzę!
Dziś byłam u stomatologa w tymże Rybniku. I cóż: najpierw wysiadłam dwa przystanki wcześnie niż normalnie wysiadam. Bo miało być bliżej... Może i byłoby bliżej gdyby nie fakt, że poszłam w przeciwną stronę niż powinnam. No i zrobiło się w dalej.
Bo ja w Rybniku przemieszczam się "na azymut". I mój azymut można opisać: "wyznaczam najdłuższą i najbardziej skomplikowaną trasę z punktu A do punktu B".
Niemniej jednak dotarłam do dentysty na czas!!!
Po zabiegu, wyszłam z gabinetu, przeszłam przez ulicę , przemierzyłam mały skwerek z mnóstwem zielonych krzewów i wyszłam...gdzieś. Na jakąś ulicę. Dobrze, że akurat rozmawiałam z Moją Córką przez telefon, wspólnymi siłami ustaliłyśmy gdzie jestem. Co nie znaczy, że ustaliłyśmy w jakim kierunku mam iść.
Z lewej strony strony, w perspektywie ulicy miałam punkt, który znałam. Odniosłam się do niego i poszłam...w prawo.
Bo mój azymut powiedział, że do przystanku to w prawo lepiej. Nie było lepiej. Było gorzej: daleko i gorąco (jakby nie było działo się to w samo południe!)
Niemniej jednak, dotarłam do przystanku minutę przed odjazdem autobusu. Zdążyłam, wsiadłam... po czym się okazało, że wybrałam taki, który jeździ trasą wycieczkową przez wszystkie okoliczne wsie i droga z Rybnika do Rydułtów trwała całą wieczność.
Ale i tak uważam, że przy moim szczęściu w podróżowaniu na trasie Rybnik- Rydułtowy dużym sukcesem było, że nie trafiłam na autobus z przesiadką!!!
Dziś byłam u stomatologa w tymże Rybniku. I cóż: najpierw wysiadłam dwa przystanki wcześnie niż normalnie wysiadam. Bo miało być bliżej... Może i byłoby bliżej gdyby nie fakt, że poszłam w przeciwną stronę niż powinnam. No i zrobiło się w dalej.
Bo ja w Rybniku przemieszczam się "na azymut". I mój azymut można opisać: "wyznaczam najdłuższą i najbardziej skomplikowaną trasę z punktu A do punktu B".
Niemniej jednak dotarłam do dentysty na czas!!!
Po zabiegu, wyszłam z gabinetu, przeszłam przez ulicę , przemierzyłam mały skwerek z mnóstwem zielonych krzewów i wyszłam...gdzieś. Na jakąś ulicę. Dobrze, że akurat rozmawiałam z Moją Córką przez telefon, wspólnymi siłami ustaliłyśmy gdzie jestem. Co nie znaczy, że ustaliłyśmy w jakim kierunku mam iść.
Z lewej strony strony, w perspektywie ulicy miałam punkt, który znałam. Odniosłam się do niego i poszłam...w prawo.
Bo mój azymut powiedział, że do przystanku to w prawo lepiej. Nie było lepiej. Było gorzej: daleko i gorąco (jakby nie było działo się to w samo południe!)
Niemniej jednak, dotarłam do przystanku minutę przed odjazdem autobusu. Zdążyłam, wsiadłam... po czym się okazało, że wybrałam taki, który jeździ trasą wycieczkową przez wszystkie okoliczne wsie i droga z Rybnika do Rydułtów trwała całą wieczność.
Ale i tak uważam, że przy moim szczęściu w podróżowaniu na trasie Rybnik- Rydułtowy dużym sukcesem było, że nie trafiłam na autobus z przesiadką!!!
wtorek, 16 sierpnia 2011
Pałace i zamki...
Byliśmy wczoraj na wycieczce: Moszna, zamek nazywany Polskim Dysneylandem.
Faktycznie; polski.
Nie zachwycił mnie. I, co ważniejsze, nie zachwycił również Romka.
A więc nie polecam.
Piszę tu tylko o tym wydarzeniu z jednego, wielce ważnego, powodu.
Otóż w romantycznej scenerii parku okołozamkowego, wśród zieleni, śpiewu ptaków, plagi komarów, wrzasków dzieci i ich rodziców, smrodu kiełbasek z grilla i prawdziwej żołnierskiej grochówki, znaleźliśmy ławeczkę, nawet w nie bardzo ustronnym miejscu... i obiecaliśmy sobie solennie:
JUŻ NIGDY W ŻYCIU NIE ZWIEDZAĆ ŻADNYCH ZAMKÓW, PAŁACÓW, CZY TO W RUINIE CZY ODRESTAUROWANYCH!!!
Zamkom, pałacom, także ich ruinkom mówimy stanowcze NIE!!!
Faktycznie; polski.
Nie zachwycił mnie. I, co ważniejsze, nie zachwycił również Romka.
A więc nie polecam.
Piszę tu tylko o tym wydarzeniu z jednego, wielce ważnego, powodu.
Otóż w romantycznej scenerii parku okołozamkowego, wśród zieleni, śpiewu ptaków, plagi komarów, wrzasków dzieci i ich rodziców, smrodu kiełbasek z grilla i prawdziwej żołnierskiej grochówki, znaleźliśmy ławeczkę, nawet w nie bardzo ustronnym miejscu... i obiecaliśmy sobie solennie:
JUŻ NIGDY W ŻYCIU NIE ZWIEDZAĆ ŻADNYCH ZAMKÓW, PAŁACÓW, CZY TO W RUINIE CZY ODRESTAUROWANYCH!!!
Zamkom, pałacom, także ich ruinkom mówimy stanowcze NIE!!!
sobota, 13 sierpnia 2011
I jak tu ufać mężczyźnie...
Poranno-sobotnie zakupy. Tym się różnią od poranno-codziennych, że po a: odbywają się w sobotę, po b: że z Moim Mężem. Co skutkuje tym, że kupujemy całkiem coś innego niż mieliśmy (ja miałam) w planach.
Tak i tym razem się to odbyło.
Poszliśmy do Biedronki w celu zakupienia jednego niedużego bochenka chlebka żytniego, którym to chlebkiem odżywia się Mój Mąż.
Już w trakcie wędrówki po sklepie (trzeba zrobić rozeznanie, a może coś jeszcze kupić...) mówię do Niego, że od jakiś 3 tygodni mam ochotę na biedronkowe chipsy ale mi szkoda...nie, nie kasy; szkoda mi efektów wagowych, które osiągnęłam (wszak chipsy nie są odpowiednim pożywieniem na diecie!!!)...
OCZYWIŚCIE Romek wcale się tym nie przejął!!! Złapał mnie "za szmaty" odwrócił o 180 stopni i skierował ku regałowi, na którym leżał mroczny przedmiot mego pożądania. Opierałam się dzielnie (przez calutką drogę do regału z chipsami) a On równie dzielnie mi tłumaczył, że bez dyskusji, że jedna paczka to nic, że mi się w nagrodę należy ... i tak dalej.
Wcisnął mi w objęcia moje ulubione chipsy i powiedział: "a teraz tu". I z sąsiedniej półki wziął sobie paczkę sezamków!!!
Ja myślałam, że On z miłości do mnie te chipsy, a On z miłości do sezamków!!!
Tak i tym razem się to odbyło.
Poszliśmy do Biedronki w celu zakupienia jednego niedużego bochenka chlebka żytniego, którym to chlebkiem odżywia się Mój Mąż.
Już w trakcie wędrówki po sklepie (trzeba zrobić rozeznanie, a może coś jeszcze kupić...) mówię do Niego, że od jakiś 3 tygodni mam ochotę na biedronkowe chipsy ale mi szkoda...nie, nie kasy; szkoda mi efektów wagowych, które osiągnęłam (wszak chipsy nie są odpowiednim pożywieniem na diecie!!!)...
OCZYWIŚCIE Romek wcale się tym nie przejął!!! Złapał mnie "za szmaty" odwrócił o 180 stopni i skierował ku regałowi, na którym leżał mroczny przedmiot mego pożądania. Opierałam się dzielnie (przez calutką drogę do regału z chipsami) a On równie dzielnie mi tłumaczył, że bez dyskusji, że jedna paczka to nic, że mi się w nagrodę należy ... i tak dalej.
Wcisnął mi w objęcia moje ulubione chipsy i powiedział: "a teraz tu". I z sąsiedniej półki wziął sobie paczkę sezamków!!!
Ja myślałam, że On z miłości do mnie te chipsy, a On z miłości do sezamków!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)