Tytuł (a szczególnie druga jego część) dość przewrotna...
Na wspomnienia mnie wzięło.
Zawsze uważałam, że skuteczne wystraszenie dziecka daje 100% efekty. Potem już nie trzeba się przejmować czy usłucha. Ale straszyć trzeba inteligentnie. Nie jakieś tam: "jak będziesz niegrzeczna to dostaniesz zastrzyk". Ewentualnie: "jak będziesz uciekał, to cię pani zabierze".
Miałam szczególnych rodziców... Od Nich z całą pewnością przejęłam sposoby wychowywania dzieci. Niektóre: bo mi się podobały i były skuteczne. O innych myślałam: "nigdy tak nie zrobię mojemu dziecku". I tych innych nigdy nie stosowałam w swojej rodzinie.
Ale skuteczne straszenie bardzo mi do gustu przypadło.
Nie to, że byłam taka mądra (wtedy)... Razej dlatego, że odbyło się ono kiedy miałam około 6 lat. I skutki dało długofalowe.. Znaczy do dziś pozostały. Te skutki.
Otóż:
W tamtych czasach (wszak to jakieś 50 lat temy było) sześciolatka to już była całkiem dorosła osoba, która uczestniczyła w życiu rodziny jako jej powiedzmy "pełnoobowiązkowy" członek. Z prawami to już niekonicznie...
Dodam, że obowiązki nigdy nie były nadmierne, po prostu przystosowane dla dziecka w tym wieku. Przynajmniej w mojej rodzinie. Jak było w innych - nie wiem.
Jednym z moich obowiązków w owym czasie były zakupy. Podstawowe zakupy. A najbardziej podstawowym zakupem zawsze jest chleb. No i biegałam po ten chleb codziennie. I codziennie przynosiłam chleb obżarty z jednej piętki. A czasem, jak droga była dłuższa to i z obu.
I codziennie słyszałam, że mam tego nie robić.
Puszczałam napominania mimo uszu (dziś mnie to dziwi, bo generalnie grzeczna byłam...i posłuszna... ale to może dopiero po tym wydarzeniu się radykalnie zmieniłam).
No więc puszczałam mimo uszu marudzenie mojej mamusi...
Aż któregoś dnia usłyszałam, że jak jeszcze raz przyniosę obgryziony chleb to będę go musiała zanieść z powrotem do sklepu i wymienić na nieuszkodzony. Bo moja mamusia brzydzi się szczurów a ten chleb wygląda jakby go owe nieprzyjemne zwierzęta używały.
Pewnie przez jakiś czas (dzień, może dwa) pamietałam. W każdym razie szybciutko wróciłam do starego zwyczaju...
I pewnego pięknego, słonecznego dnia kiedy przyszłam do domu z obżartym ze skórki chlebem, mamusia kazała mi go odnieść do sklepu!!!
Struchlałam. No bo jak to?! Co powiem? Jak powiem? Jak się w ogóle odezwę. Bylam chorobliwie nieśmiałym dzieckiem. Nawet "dzień dobry" z trudem mi przez gardło przechodziło...
Ale moi rodzice w gruncie rzeczy potworami nie byli więc wystarczyła im panika w moim wzroku. Odpuścili...
A ja... no cóż, do dziś nie jadam piętek z chleba.
Jeszcze jeden przykład na skuteczne straszenie:
Tym razem bohaterem był mój młodszy brat, wtedy siedmiolatek.
Dzieciak, który charakteryzował się tym, że żył na bakier z czasem.
Notorycznie spóźniał się do domu. Nie było to z resztą trudne, bo w tych czasach dzieci nie miały zegarków. Żeby na czas zdążyć do domu trzeba było pytać przechodniów: "proszę pana, a która godzina?".
No ale chłopcy biegający po podwórkach nie mieli czasu i cierpliwości czatować na dorosłego z zegarkiem.
Maciek również. Skutki były takie, że notorycznie się spóźniał, obrywał za to lanie (tak, tak, wtedy jeszcze wolno było karać w ten sposób dzieci) i dalej się spóźniał.
I on również usłyszał sakramentalne "jeszcze raz".
Jeszcze raz się spóźni, to go nie wpuszczą do domu.
No i się spóźnił. I zastał drzwi zamknięte na zamek (czego się absolutnie wtedy nie praktykowało).
Na jego pukanie mamusia uchyliła drzwi, podała mu tornister i pół bochenka chleba i kazała iść tam gdzie spędza czas tak dobrze, że się spóźnia do domu.
Oczywiście nie poszedł, postał z pół godziny pod drzwiami, pochlipał... I od tego czasu problem się rozwiązał.
Konkludując: najgorszym zwrotem naszego dzieciństwa było: "jeśli jeszcze raz..."!
A teraz o szkodliwości czytania:
Z powodu mojej miłości do książek zostałam złodziejką. I nie myślcie sobie, że ukradłam książkę, która mi się jakoś specjalnie spodobała.To nie było takie proste. Bo jakbym chciała ukraść książkę to musiałabym... wszystkie. A więc nie zostałam złodziejką książek.*
Czytałam. Odkąd poznałam litery i zrozumiałam co z nimi robić. Czytałam, czytałam, czytałam. Wszystko co mi w ręce wpadło. Nie bawiłam się lalkami, nie wychodziłam na podwórko. Mogłam nie jeść i nie spać. Czytać musiałam. Pod kołdrą nie czytałam bo nie miałam latarki. Ale szczęśliwie na ulicy stała latarnia i czytałam nocami przy jej świetle.Przenosiłam się w świat książek i wcale mnie nie ciągnęło z powrotem.. Nie czułam potrzeby uczestniczenia w normalnym życiu. Ja miałam swoje. O wiele ciekawsze.
Ale niestety szara rzeczywistość czasem zaskrzeczała...
Któregoś dnia szara rzeczywistość zaskrzeczała głosem mojej mamusi i kazała biec po kawę. Z trudem się oderwałam od czytania.
Ale niestety: tylko fizycznie. Pobiegłam po tę kawę jak rakieta. Złapałam paczuszkę, wybiegłam ze sklepu. W domu się znalazłam w ułamku sekundy. ( cały czas myślami przebywająć w realiach książki, którą czytam). A odległość od domu do sklepu jakieś 500 m.
I okazało się, że w garści, prócz kawy, trzymam również pieniążki, za które miałam ową kawę kupić!!!
W ten sposób okazałam się złodziejką. Ale krótko bo natychmiast zawróciłam i popędziłam oddać kasę.
I najbardziej było mi żal straconego czasu.
---------------------------
* M. Zusak - Złodziejka książek polecam. Rewelacja!
poniedziałek, 20 stycznia 2014
niedziela, 12 stycznia 2014
Smutno...
Tak dawno mnie tu nie było, że bez mała, drogi zapomniałam.
Dziś będzie smutno...
Bo z czego mam się cieszć?
Że słońce powędrowało nie wiem gdzie i nie mogę go znaleźć...
Że zima jakaś taka durnowata... Żeby nie było: nie śnią mi się zaspy śnieżne, sanki, narty i inne akcesoria zimowe. Z akcesoriów zimowych to ewentualnie kaflowy piec rozgrzany do czerwoności. Ale gdzie teraz szukać kaflowego pieca...
Że dopiero 12 stycznia i cztery miesiące czekania na... życie.
Że drugą niedzielę z rzędu mam areszt domowy i nie mogę iść do kościoła bo w tamtym tygodniu Romek otruł się starą sałatką i poprawił bigosem (na skutki opuszczę zasłonę milczenia). A teraz leży i dogorywa bo ma katar. (Podejrzewam, że generalnie jest przeziębiony. Ale On utrzymuje, że ma katar.)
Że Dzieci Moje i Wnuki Moje tak daleko, że na księżyc bliżej...
Że przyjaciele gdzieś się zapodzieli... A może tylko myślałam, że ich mam...
Jeszcze mogę tak długo.
Ale nie chcę.
Bo na razie jest mi tylko smutno.
A za chwilę zafunduję sobie depresję.
I tak uważam, że już nic dobrego mnie nie spotka...
Ale to dziś tak uważam. Może mi do jutra przejdzie...
A tu na pocieszenie (dla mnie, ale jak ktoś chce, to może skorzystać):
Dziś będzie smutno...
Bo z czego mam się cieszć?
Że słońce powędrowało nie wiem gdzie i nie mogę go znaleźć...
Że zima jakaś taka durnowata... Żeby nie było: nie śnią mi się zaspy śnieżne, sanki, narty i inne akcesoria zimowe. Z akcesoriów zimowych to ewentualnie kaflowy piec rozgrzany do czerwoności. Ale gdzie teraz szukać kaflowego pieca...
Że dopiero 12 stycznia i cztery miesiące czekania na... życie.
Że drugą niedzielę z rzędu mam areszt domowy i nie mogę iść do kościoła bo w tamtym tygodniu Romek otruł się starą sałatką i poprawił bigosem (na skutki opuszczę zasłonę milczenia). A teraz leży i dogorywa bo ma katar. (Podejrzewam, że generalnie jest przeziębiony. Ale On utrzymuje, że ma katar.)
Że Dzieci Moje i Wnuki Moje tak daleko, że na księżyc bliżej...
Że przyjaciele gdzieś się zapodzieli... A może tylko myślałam, że ich mam...
Jeszcze mogę tak długo.
Ale nie chcę.
Bo na razie jest mi tylko smutno.
A za chwilę zafunduję sobie depresję.
I tak uważam, że już nic dobrego mnie nie spotka...
Ale to dziś tak uważam. Może mi do jutra przejdzie...
A tu na pocieszenie (dla mnie, ale jak ktoś chce, to może skorzystać):
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Dosiego Roku!!
Nagle stwierdziłam, że przez całe swoje życie nie robiłam postanowień noworocznych. Dziwne, nie?
Bo wszyscy robią...
To może i ja tym razem zrobię:
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!!!
Bo wszyscy robią...
To może i ja tym razem zrobię:
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!!!
sobota, 14 grudnia 2013
Trzynastego, w piąek
Wczoraj 13 był. I piątek. I 38 rocznica mojego z Romkiem prywatnego stanu wojennego. Ojojoj, jaka kumulacja!
Ale przeżyliśmy. I się mamy całkiem nieźle. Powiem więcej: mamy się bardzo dobrze!
Bo choć dzień się zaczął tym, że Romek zaspał do pracy i w związku z powyższym od jutra chodzi spać zaraz po Paulince i kurach*, to potem już było tylko lepiej.
Otóż:
Postanowiłam sobie kupić jakiś ciuch (wszak ciuchów nigdy za wiele). Były trzy, z którymi nie mogłam się rozstać...No i mam wszystkie trzy. Dzięki temu, że Romek posprzątał piwnicę. I sprzedał złom! No, zaimponował mi, naprawdę.
Powiedział naszym Córkom (którym również zaimponował), że raz na 38 lat może mi kupić fajny prezent...
Dobrze, że jednak jest geniuszem, że swoją sklerozą i nie pamięta, że to nie pierwszy prezent... Ja tam Mu nie będę wypominać. Przepraszam: przypominać.
A potem Romek sobie dostał prezent urodzinowo-podchoinkowo-imieninowy. A ja Mu dodałam prezencik rocznicowy.
I było miło.Chociaż bez lodów (bo się odchudzamy do nadal) i bez kawy (bo w domu mam fajniejszą maszynkę do spieniania mleka i kawę lepszą).
A następnie, na fali wydawania kasy, kupiliśmy prezenty dla trójki naszych Wnuków. Nie, nie świąteczne. Urodzinowe! Dla czwartego nie. Bo jego matka nie dała namiarów. I jeszcze nie wiemy co by chciał.
I nic by może w tym dziwnego nie było, gdyby nie fakt, że urodziny naszych Najmilszych zaczynają się od Nika w lutym (i dla Niego właśnie nic jeszcze nie mamy) poprzez Lusię w kwietniu, Wojtusia w maju i Relusię w czerwcu!!!
A potem już wróciliśmy do domu i każde z nas bawiło się swoimi nowymi zabawkami.
A dziś się okazało, że piątek 13 fajny jest i sobota 14 również fajna. Bo fajne rzeczy się na dziś zapowiadają!
__________________________________
* Kury sobie chodzą i patrzą czy Paulinka wybiera się spać. Jak zobaczą, że Ona jest już w betach to szybko siadają na grzędach i też usypiają. I to jest wariacja na temat przysłowia, że ktoś chodzi spać z kurami.
Ale przeżyliśmy. I się mamy całkiem nieźle. Powiem więcej: mamy się bardzo dobrze!
Bo choć dzień się zaczął tym, że Romek zaspał do pracy i w związku z powyższym od jutra chodzi spać zaraz po Paulince i kurach*, to potem już było tylko lepiej.
Otóż:
Postanowiłam sobie kupić jakiś ciuch (wszak ciuchów nigdy za wiele). Były trzy, z którymi nie mogłam się rozstać...No i mam wszystkie trzy. Dzięki temu, że Romek posprzątał piwnicę. I sprzedał złom! No, zaimponował mi, naprawdę.
Powiedział naszym Córkom (którym również zaimponował), że raz na 38 lat może mi kupić fajny prezent...
Dobrze, że jednak jest geniuszem, że swoją sklerozą i nie pamięta, że to nie pierwszy prezent... Ja tam Mu nie będę wypominać. Przepraszam: przypominać.
A potem Romek sobie dostał prezent urodzinowo-podchoinkowo-imieninowy. A ja Mu dodałam prezencik rocznicowy.
I było miło.Chociaż bez lodów (bo się odchudzamy do nadal) i bez kawy (bo w domu mam fajniejszą maszynkę do spieniania mleka i kawę lepszą).
A następnie, na fali wydawania kasy, kupiliśmy prezenty dla trójki naszych Wnuków. Nie, nie świąteczne. Urodzinowe! Dla czwartego nie. Bo jego matka nie dała namiarów. I jeszcze nie wiemy co by chciał.
I nic by może w tym dziwnego nie było, gdyby nie fakt, że urodziny naszych Najmilszych zaczynają się od Nika w lutym (i dla Niego właśnie nic jeszcze nie mamy) poprzez Lusię w kwietniu, Wojtusia w maju i Relusię w czerwcu!!!
A potem już wróciliśmy do domu i każde z nas bawiło się swoimi nowymi zabawkami.
A dziś się okazało, że piątek 13 fajny jest i sobota 14 również fajna. Bo fajne rzeczy się na dziś zapowiadają!
__________________________________
* Kury sobie chodzą i patrzą czy Paulinka wybiera się spać. Jak zobaczą, że Ona jest już w betach to szybko siadają na grzędach i też usypiają. I to jest wariacja na temat przysłowia, że ktoś chodzi spać z kurami.
piątek, 13 grudnia 2013
Kalambury
Wojtuś mówi przedziwną mieszanką języka polskiego, angielskiego i wojtusiowego.Czasem rozmawia z nami krótko, czasem musi przemawiać długo. Bo nie zawsze rozumiemy o co Mu chodzi. Z tym, że uczciwie muszę przyznać: Z Ojcem swoim i Ciocią raczej rozmawia po polsku. Ze mną i Emilką... no cóż.
Próbka dialogu:
W.: porusza ustami jak ryba
E.:jesteś rybką?
W.: nieeee. Hap, hap
E.: a, krokodyl jesteś,
W.: nieeee, am
E.: zjesz rybkę.
W.: nieee, hap, hap.
E.: krokodyl zje rybkę.
W.: nieee.... ja, plum, plum.
E.: Aaaa, ty się chcesz wody napić!
W.: Taaaak, hurra!!!
Może prościej powiedzieć: "daj pić". Ale trzeba było sprawdzić jak się ma matczyna inteligencja.
Miała się dobrze, Wojtuś dostał wodę.
Ale kiedy Emilka odebrała na skypie informację od swego Ojca, tośmy się obie załamały...
Brzmiała ona następująco:
"Mila, Mila... przyślij mi malowane domków zdjęcia com popełnił".
Niko podwija rękawy w każdej bluzce. Jakby mógł - nawet w kurtce! Jak Dziadek!
A Wojtuś, jak Dziadek, porozumiewa się z nami za pomocą kalamburów.
sobota, 2 listopada 2013
Paulinka i książki
Lubię czytać. Od... zawsze. Mój Mąż również. Troszkę bardziej od zawsze niż ja (o tę troszkę, o którą jest starszy ode mnie).
W związku z powyższym Nasze Dzieci także lubią czytać. Cała czwórka. Z tego jedna dwójka ma to w genach po nas (córki), a druga po swoich rodzicach (zięciowie).
Jedyna wnuczka, która "literki zna i składać umie"* również czyta dużo i chętnie.
Myślę, że pozostała trójka kiedy osiągnie odpowiedni wiek i umiejętności dołączy do nas.
Historii o książkach i czytaniu w naszej rodzinie jest sporo... Choćby taka, że jedna z mam wkroiła szare mydło do zupy jarzynowej zamiast do kotła z gotującymi się pieluchami bo... czytała. Albo taka, że jak się pokazała w księgarni książka, którą koniecznie musieliśmy mieć , to odliczaliśmy ile kasy potrzeba na mleko dla Paulinki i na chleb dla nas (żeby do wypłaty starczyło)i lecieliśmy książkę kupować. Bo nie można było czekać do wypłaty: wtedy już książki w księgarni nie było. WYKUPILI!!!
Ale dziś będzie o Paulince i książkach.
Obrazek pierwszy:
Cofnę się do czasów, kiedy byliśmy młodzi i(prócz mieszkania) niewiele posiadaliśmy...
Ale posiadaliśmy dziecko. Dziecko-Paulinkę. Dziecko, które się grzeczne urodziło i nie sprawiało rodzicom żadnego problemu (no, chyba, że było głodne...).
I kiedy to dziecko miało około 1,5 rok,kupiliśmy sobie telewizor. A ponieważ nie mieliśmy zbyt wielu mebli, to karton po telewizorze służył nam za stolik. I na tym stoliku leżały różne rzeczy. Także książki, które w dużych ilościach znosiliśmy z biblioteki. I do głowy nam nie przyszło, że książka w ręku dziecka to... nie, nie pożar,ale przyczynek do rozpałki może być...
Do czasu nam to do głowy nie przychodziło. Aż któregoś pięknego dnia moja sąsiadka zostawiła mi po opieką swoją małą (także 1,5 roczną)córeczkę. I ta córeczka POWYRYWAŁA wszystkie obrazki z "Baśni z tysiąca i jednej nocy"!!!
Wtedy dopiero zrozumiałam, że w zasadzie książki (szczególnie biblioteczne) należy przed dziećmi chować. Cudzymi dziećmi!
Drugi obrazek:
Te same dzieci, w tym samym wieku.
Pastuję podłogę (to były czasy...).Paulinka siedzi statecznie na kanapie, Agnieszka biega jak szalona. W pewnym momencie przejechała się na wypastowanej podłodze i z wdziękiem klapie na pupę fikając nóżkami... A z kanapy rozlega się: "Agnieszka, skoczyłaś jak polny konik."**
Obrazek trzeci:
Paulinka 5-6-letnia i Kasia jej kuzynka 1,5-2 letnia.
Książek kupowaliśmy dużo. I sobie i dziecku. Przez te kilka lat nazbierało się sporo książeczek dla dzieci. Kiedy Paulinka dojrzała do innych lektur, postanowiliśmy książeczki, z których wyrosła podarować Kasi.
Tak też się stało. Kasia dostała książeczki... I bardzo je kochała.
Jak prawie wszystkie dzieciaki w tym wieku, Kasia budziła się o jakiejś barbarzyńskiej porze. I wtedy jej mama zabierała ją do siebie do łóżka, dawała książeczki, Kasia "czytała" a mama drzemała.
Któregoś dnia wyrwał ją z drzemki dziwny zgrzyt. To Kasia długopisem "traktuje" świeżo wyremontowaną ścianę.
Na pytanie matki:"Kasia, czemu piszesz po ścianie?" odpowiada: "Bo Paulinka powiedziała, że po książeczkach nie wolno."
Szacunek(żeby nie powiedzieć: kult)do książek pozostał Paulince do dziś. Niech no ktoś spróbuje dotknąć Jej równiutko i starannie poukładanych książek. I to nieważne, czy ten ktoś to matka (czyli ja)czy Lusia... Nie wolno!
Jeszce bym nie postawiła w to samo miejsce (gdzieżbym się odważyła nie postawić!!!).
A Lusia mogłaby równość w szeregu zakłócić.
Ale wychowała nas sobie.
Nikt w rodzinie nie "tyka" Jej książek bez pytania.
A goście?
Goście też nie.
----------------------
* Dziadek do 6-letniej Paulinki:"wiesz, jakoś nie mogę czytać". A Paulinka:"literki znasz, składać umiesz? to czytaj."- nauki z "zerówki"
** cytat z wierszyka Brzechwy pt.Żuk
W związku z powyższym Nasze Dzieci także lubią czytać. Cała czwórka. Z tego jedna dwójka ma to w genach po nas (córki), a druga po swoich rodzicach (zięciowie).
Jedyna wnuczka, która "literki zna i składać umie"* również czyta dużo i chętnie.
Myślę, że pozostała trójka kiedy osiągnie odpowiedni wiek i umiejętności dołączy do nas.
Historii o książkach i czytaniu w naszej rodzinie jest sporo... Choćby taka, że jedna z mam wkroiła szare mydło do zupy jarzynowej zamiast do kotła z gotującymi się pieluchami bo... czytała. Albo taka, że jak się pokazała w księgarni książka, którą koniecznie musieliśmy mieć , to odliczaliśmy ile kasy potrzeba na mleko dla Paulinki i na chleb dla nas (żeby do wypłaty starczyło)i lecieliśmy książkę kupować. Bo nie można było czekać do wypłaty: wtedy już książki w księgarni nie było. WYKUPILI!!!
Ale dziś będzie o Paulince i książkach.
Obrazek pierwszy:
Cofnę się do czasów, kiedy byliśmy młodzi i(prócz mieszkania) niewiele posiadaliśmy...
Ale posiadaliśmy dziecko. Dziecko-Paulinkę. Dziecko, które się grzeczne urodziło i nie sprawiało rodzicom żadnego problemu (no, chyba, że było głodne...).
I kiedy to dziecko miało około 1,5 rok,kupiliśmy sobie telewizor. A ponieważ nie mieliśmy zbyt wielu mebli, to karton po telewizorze służył nam za stolik. I na tym stoliku leżały różne rzeczy. Także książki, które w dużych ilościach znosiliśmy z biblioteki. I do głowy nam nie przyszło, że książka w ręku dziecka to... nie, nie pożar,ale przyczynek do rozpałki może być...
Do czasu nam to do głowy nie przychodziło. Aż któregoś pięknego dnia moja sąsiadka zostawiła mi po opieką swoją małą (także 1,5 roczną)córeczkę. I ta córeczka POWYRYWAŁA wszystkie obrazki z "Baśni z tysiąca i jednej nocy"!!!
Wtedy dopiero zrozumiałam, że w zasadzie książki (szczególnie biblioteczne) należy przed dziećmi chować. Cudzymi dziećmi!
Drugi obrazek:
Te same dzieci, w tym samym wieku.
Pastuję podłogę (to były czasy...).Paulinka siedzi statecznie na kanapie, Agnieszka biega jak szalona. W pewnym momencie przejechała się na wypastowanej podłodze i z wdziękiem klapie na pupę fikając nóżkami... A z kanapy rozlega się: "Agnieszka, skoczyłaś jak polny konik."**
Obrazek trzeci:
Paulinka 5-6-letnia i Kasia jej kuzynka 1,5-2 letnia.
Książek kupowaliśmy dużo. I sobie i dziecku. Przez te kilka lat nazbierało się sporo książeczek dla dzieci. Kiedy Paulinka dojrzała do innych lektur, postanowiliśmy książeczki, z których wyrosła podarować Kasi.
Tak też się stało. Kasia dostała książeczki... I bardzo je kochała.
Jak prawie wszystkie dzieciaki w tym wieku, Kasia budziła się o jakiejś barbarzyńskiej porze. I wtedy jej mama zabierała ją do siebie do łóżka, dawała książeczki, Kasia "czytała" a mama drzemała.
Któregoś dnia wyrwał ją z drzemki dziwny zgrzyt. To Kasia długopisem "traktuje" świeżo wyremontowaną ścianę.
Na pytanie matki:"Kasia, czemu piszesz po ścianie?" odpowiada: "Bo Paulinka powiedziała, że po książeczkach nie wolno."
Szacunek(żeby nie powiedzieć: kult)do książek pozostał Paulince do dziś. Niech no ktoś spróbuje dotknąć Jej równiutko i starannie poukładanych książek. I to nieważne, czy ten ktoś to matka (czyli ja)czy Lusia... Nie wolno!
Jeszce bym nie postawiła w to samo miejsce (gdzieżbym się odważyła nie postawić!!!).
A Lusia mogłaby równość w szeregu zakłócić.
Ale wychowała nas sobie.
Nikt w rodzinie nie "tyka" Jej książek bez pytania.
A goście?
Goście też nie.
----------------------
* Dziadek do 6-letniej Paulinki:"wiesz, jakoś nie mogę czytać". A Paulinka:"literki znasz, składać umiesz? to czytaj."- nauki z "zerówki"
** cytat z wierszyka Brzechwy pt.Żuk
piątek, 1 listopada 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)




