Wojtuś: mamusia jest ładna.
Ja: tak.
W: piękna.
Ja: jak królewna.
W: ty też jak królewna.
Ja: A ty jesteś piękny?
W: tak.
Ja:Jak królewicz?
W: nie, jak żaba!
Ja:A Lusia jest piękna?
W:tak
Ja: jak królewna?
W: nie, jak robak!
Okazało się, że według Mojego Wnuka żaby i robaki są nad wyraz urodziwe.
I teraz nie wiem, czy mam się jeszcze cieszyć, że jestem piękna jak królewna...
sobota, 16 sierpnia 2014
czwartek, 17 lipca 2014
Urlop. część druga czyli: "Już był w ogródku,
już witał się z gąską..." że tak sobie zacytuję poetę.
Ja także Już byłam w ogródku...
Już kompletnie zakończone zostały przygotowania do urlopu:
-ciuchy wybrane, wyprane, wyprasowane
-zakupy porobione, także te, które wykonałam przez ALLEGRO.
-złotówki na funciki zamienione
-opieka do trzech kwiatków załatwiona
-mieszkanie na wszelkie sposoby zaopatrzone
-walizki spakowane
Cóż zostało:
-oczekiwać na informację od przewoźnika, że można, a nawet należy bilety wydrukować
-owe wyżej wymienione bilety wydrukować
-zjeść wszystko, co mamy w lodówce
-wyłączyć prąd
-zakręcić wodę
-zamknąć za sobą drzwi
-i udać się na urlop.
Ale to wszystko (co zostało) należy rozłożyć w czasie na ostatnie chwile...( no, może oprócz jedzenia...)
W swojej naiwności i w poczuciu dobrze spełnionych obowiązków z zakresie przygotowań, byłam przekonana, że teraz jest czas na odpoczynek przed urlopem.
Wszak jedziemy do wnuków, których energia niewątpliwie i nam się udzieli... a Dziadek Romek na wszystko i wszystkich nie nastarczy. (Chociaż, muszę przyznać, że jest nie do zdarcia... byleby Mu biegać nie kazali...)
Lecz przewrotny los zadrwił sobie ze mnie. I mój odpoczynek przed urlopem zapowiada się nader interesująco...
Otóż przedwczoraj w późnych popołudniowych godzinach okazało się, że sąsiadka robi sobie basen w piwnicy...Nie, nie ma głupich pomysłów. Nawet nie wiedziała, że sobie ten basen robi. Naprawdę to on się sam w jej piwnicy zrobił. A ponieważ mieszkamy na parterze a piwnica jest pod naszą kuchnią więc drogą dedukcji wywnioskowaliśmy, ze mamy coś wspólnego z owym basenem.
Skutkiem tego wodę od przedwczoraj mamy czasami. A dziś mamy wielki, nieplanowany remont kuchni.
Panowie fachowcy przyszli w liczbie sztuk od trzech do pięciu i wymieniają rury w całym pionie.
Kuchnię mam w związku z tym rozmieszczoną po pokojach (głownie w tzw. salonie, bo tam najwięcej miejsca).
A w pomieszczeniu, które jeszcze przedwczoraj było kuchnią właściwą mam tak:
Ostatnie zdjęcie robiłam przez łzy. Dlatego takie niewyraźne. :)
Że nie wspomnę już o pyle, który jest wszędzie: w kapciach, w zębach, w oczach, i który będę usuwać zewsząd do wyjazdu...
Odpoczynek przed urlopem czas zacząć!!!
Ja także Już byłam w ogródku...
Już kompletnie zakończone zostały przygotowania do urlopu:
-ciuchy wybrane, wyprane, wyprasowane
-zakupy porobione, także te, które wykonałam przez ALLEGRO.
-złotówki na funciki zamienione
-opieka do trzech kwiatków załatwiona
-mieszkanie na wszelkie sposoby zaopatrzone
-walizki spakowane
Cóż zostało:
-oczekiwać na informację od przewoźnika, że można, a nawet należy bilety wydrukować
-owe wyżej wymienione bilety wydrukować
-zjeść wszystko, co mamy w lodówce
-wyłączyć prąd
-zakręcić wodę
-zamknąć za sobą drzwi
-i udać się na urlop.
Ale to wszystko (co zostało) należy rozłożyć w czasie na ostatnie chwile...( no, może oprócz jedzenia...)
W swojej naiwności i w poczuciu dobrze spełnionych obowiązków z zakresie przygotowań, byłam przekonana, że teraz jest czas na odpoczynek przed urlopem.
Wszak jedziemy do wnuków, których energia niewątpliwie i nam się udzieli... a Dziadek Romek na wszystko i wszystkich nie nastarczy. (Chociaż, muszę przyznać, że jest nie do zdarcia... byleby Mu biegać nie kazali...)
Lecz przewrotny los zadrwił sobie ze mnie. I mój odpoczynek przed urlopem zapowiada się nader interesująco...
Otóż przedwczoraj w późnych popołudniowych godzinach okazało się, że sąsiadka robi sobie basen w piwnicy...Nie, nie ma głupich pomysłów. Nawet nie wiedziała, że sobie ten basen robi. Naprawdę to on się sam w jej piwnicy zrobił. A ponieważ mieszkamy na parterze a piwnica jest pod naszą kuchnią więc drogą dedukcji wywnioskowaliśmy, ze mamy coś wspólnego z owym basenem.
Skutkiem tego wodę od przedwczoraj mamy czasami. A dziś mamy wielki, nieplanowany remont kuchni.
Panowie fachowcy przyszli w liczbie sztuk od trzech do pięciu i wymieniają rury w całym pionie.
Kuchnię mam w związku z tym rozmieszczoną po pokojach (głownie w tzw. salonie, bo tam najwięcej miejsca).
A w pomieszczeniu, które jeszcze przedwczoraj było kuchnią właściwą mam tak:
Ostatnie zdjęcie robiłam przez łzy. Dlatego takie niewyraźne. :)
Że nie wspomnę już o pyle, który jest wszędzie: w kapciach, w zębach, w oczach, i który będę usuwać zewsząd do wyjazdu...
Odpoczynek przed urlopem czas zacząć!!!
czwartek, 10 lipca 2014
Ślepa wrona...
... czyli ja.
No, właśnie. Coraz gorzej z moim wzrokiem. Zużyły mi się oczy i nie nadążają...
W telefonie: największe literki jakie są możliwe.
Książki: ze specjalną dużą czcionką. A takich niezbyt wiele w bibliotece i same romanse... Nie, żebym nie lubiła. Ale czasem co innego bym przeczytała.
Dobrze, że mam "kindelka". A tam nie dość, że literki słusznej wielkości, to jeszcze jakieś 850 książek do przeczytania...
Jak mnie kiedyś Relusia zapytała o numer nadjeżdżającego autobusu, to musiałam Jej wyznać, że ja ledwo autobus widzę. Bo czerwony był. I piętrowy.
A w gazecie to nie daj Boże jak się obce słowo trafi. Nie przeczytam. Polskie słowa znam, to się domyślę z kontekstu.
Etykiety na produktach spożywczych tylko z lupą...
"Sposób użycia" czy inna instrukcja... pominę milczeniem. Albo nie pominę! Romek czyta. I mi wyośla. A ja się denerwuję, bo nauczyciel z Niego żaden.
O, cyfry dobrze odczytuję! Ale jak jest w numerze rachunku bankowego więcej niż trzy zera "w kupie", to kicha, nie doliczę się.
I tak sobie egzystuję zaopatrzona w:
- okulary-minusy normalne
- okulary-minusy fotochromy (jak słoneczko świeci nie za duże)
- okulary-minusy przeciwsłoneczne (jak słoneczko świeci mocno)
- okulary "do czytania" (sprawdzają się przy nawlekaniu igły...)
- lupę w sklepie
- papierek i szpilka* w drastycznych przypadkach w razie braku wyżej wymienionych.
Ale moją egzystencję w tej materii zakłóciła ostatnio świadomość, nagła i niespodziewana, że ja telewizji za bardzo nie mogę oglądać!
Wprawdzie nie spędza mi to snu z powiek. Ale jednak...Następna trudność w moim życiu.
Za bardzo nie widzę co na ekranie...
Wiem, że powody składające się na ową niedogodność są dwa.
Pierwszy, to ten wyżej wyszczególniony: zużyty wzrok.
Drugi natomiast to stary, mały telewizor za niedługo pełnoletni. Z którym za chwilę będzie tak jak z tym autobusem wyżej wspomnianym.
I teraz to ja się zastanawiam: co się lepiej kalkuluje: nowy telewizor, czy nowe okulary...
Koszty są porównywalne.
----------------------------------------------
* bierze się papierek, robi w nim dziurkę szpileczką bądź agrafką i przez tę dziurkę czyta się to co się chciało przeczytać. Byleby to nie był np. "Pan Tadeusz". Ale taki rozkład jazdy na przystanku autobusowym - spokojnie!
No, właśnie. Coraz gorzej z moim wzrokiem. Zużyły mi się oczy i nie nadążają...
W telefonie: największe literki jakie są możliwe.
Książki: ze specjalną dużą czcionką. A takich niezbyt wiele w bibliotece i same romanse... Nie, żebym nie lubiła. Ale czasem co innego bym przeczytała.
Dobrze, że mam "kindelka". A tam nie dość, że literki słusznej wielkości, to jeszcze jakieś 850 książek do przeczytania...
Jak mnie kiedyś Relusia zapytała o numer nadjeżdżającego autobusu, to musiałam Jej wyznać, że ja ledwo autobus widzę. Bo czerwony był. I piętrowy.
A w gazecie to nie daj Boże jak się obce słowo trafi. Nie przeczytam. Polskie słowa znam, to się domyślę z kontekstu.
Etykiety na produktach spożywczych tylko z lupą...
"Sposób użycia" czy inna instrukcja... pominę milczeniem. Albo nie pominę! Romek czyta. I mi wyośla. A ja się denerwuję, bo nauczyciel z Niego żaden.
O, cyfry dobrze odczytuję! Ale jak jest w numerze rachunku bankowego więcej niż trzy zera "w kupie", to kicha, nie doliczę się.
I tak sobie egzystuję zaopatrzona w:
- okulary-minusy normalne
- okulary-minusy fotochromy (jak słoneczko świeci nie za duże)
- okulary-minusy przeciwsłoneczne (jak słoneczko świeci mocno)
- okulary "do czytania" (sprawdzają się przy nawlekaniu igły...)
- lupę w sklepie
- papierek i szpilka* w drastycznych przypadkach w razie braku wyżej wymienionych.
Ale moją egzystencję w tej materii zakłóciła ostatnio świadomość, nagła i niespodziewana, że ja telewizji za bardzo nie mogę oglądać!
Wprawdzie nie spędza mi to snu z powiek. Ale jednak...Następna trudność w moim życiu.
Za bardzo nie widzę co na ekranie...
Wiem, że powody składające się na ową niedogodność są dwa.
Pierwszy, to ten wyżej wyszczególniony: zużyty wzrok.
Drugi natomiast to stary, mały telewizor za niedługo pełnoletni. Z którym za chwilę będzie tak jak z tym autobusem wyżej wspomnianym.
I teraz to ja się zastanawiam: co się lepiej kalkuluje: nowy telewizor, czy nowe okulary...
Koszty są porównywalne.
----------------------------------------------
* bierze się papierek, robi w nim dziurkę szpileczką bądź agrafką i przez tę dziurkę czyta się to co się chciało przeczytać. Byleby to nie był np. "Pan Tadeusz". Ale taki rozkład jazdy na przystanku autobusowym - spokojnie!
sobota, 5 lipca 2014
Urlop
Urlop czas zacząć!!!
Dla większości urlop zaczyna się w momencie, kiedy zamyka się drzwi od swego mieszkania, wsiada w jakiś środek lokomocji i udaje w określonym kierunku i "ląduje"na wcześniej ustalonym, zarezerwowanym najczęściej miejscu.
To dla innych.
Dla mnie urlop zaczyna się w momencie, kiedy trzeba zacząć się pakować.
To tak mniej-więcej 3 tygodnie przed wyjazdem.
Wyjeżdżamy 30 lipca.
Już zaczęłam się pakować.
A i tak Paulinka się dziwi, że tak późno.
Emilka się nie dziwi. Bo Ona ma listy. Listy różnych rzeczy do zrobienia. I pewnie, jak się wybiera na urlop, to się pakuje według listy.
A Paulinka nie. Paulinka ma czas i chronologię. A że czasu dużo ma to wcześnie zaczyna. I jest pewna, że mimo braku list, niczego nie zapomni.
A ja mam listy i dużo czasu.
W związku z tym właśnie trzy tygodnie przed wyjazdem otwieram swój prywatny sezam, w którym na honorowym miejscu znajdują się dwie kartki.Na jednej jest LISTA "co zabieram".
A druga jest pusta.
Tam zapisuję, co jeszcze zabieram. A czego zapomniałam wpisać na listę.
A potem sukcesywnie mój sezam się zapełnia skarbami...
Jakieś dwa dni przed wyjazdem jestem spakowana całkowicie i na stole zostają kartki ze starannie powykreślanymi elementami.
Co w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że niczego nie zapomniałam.
A ponieważ regularnie zapominam, że czegoś zapomniałam, więc spokojnie, z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku pławię się w radości z wyjazdu, patrząc na wyniki pakowania:
które (trzeba przyznać) są imponujące.
Ale, niestety błogi spokój się kończy w bardzo późnych godzinach nocnych tuż przed wyjazdem!!!
W popłochu zaczynam rozpakowywać wszystko szukając..............czegoś. Wszystko jedno czego, bo zawsze jakaś taka rzecz mi się przypomni prawie przed wyjście z domu.
I potem Romek wygląda jakoś tak:
a ja tak:
Ale trwa to tylko chwilę bo wszak jedziemy. JEDZIEMY!!! JEDZIEMY. Urlop mamy!!!
A urlop w tym roku przebiegał będzie:
Dla Romka:
Już się tam Niko z Wojtusiem na dziadka szykują...
A dla mnie...
duuuuuuużo!
I jeszcze: pogaduszki z dziewczynami
też duuuuużo
I jeszcze:
również duuuuużo.
Ale to nie koniec.
Jeszcze:
także duuuuużo.
Ale najwięcej zabawy z Moimi Najważniejszymi:
Bo wszak po to głównie jadę!!!
Ale to za trzy tygodnie.
Jeszcze tu zajrzę. Mam nadzieję.
Dla większości urlop zaczyna się w momencie, kiedy zamyka się drzwi od swego mieszkania, wsiada w jakiś środek lokomocji i udaje w określonym kierunku i "ląduje"na wcześniej ustalonym, zarezerwowanym najczęściej miejscu.
To dla innych.
Dla mnie urlop zaczyna się w momencie, kiedy trzeba zacząć się pakować.
To tak mniej-więcej 3 tygodnie przed wyjazdem.
Wyjeżdżamy 30 lipca.
Już zaczęłam się pakować.
A i tak Paulinka się dziwi, że tak późno.
Emilka się nie dziwi. Bo Ona ma listy. Listy różnych rzeczy do zrobienia. I pewnie, jak się wybiera na urlop, to się pakuje według listy.
A Paulinka nie. Paulinka ma czas i chronologię. A że czasu dużo ma to wcześnie zaczyna. I jest pewna, że mimo braku list, niczego nie zapomni.
A ja mam listy i dużo czasu.
W związku z tym właśnie trzy tygodnie przed wyjazdem otwieram swój prywatny sezam, w którym na honorowym miejscu znajdują się dwie kartki.Na jednej jest LISTA "co zabieram".
A druga jest pusta.
Tam zapisuję, co jeszcze zabieram. A czego zapomniałam wpisać na listę.
A potem sukcesywnie mój sezam się zapełnia skarbami...
Jakieś dwa dni przed wyjazdem jestem spakowana całkowicie i na stole zostają kartki ze starannie powykreślanymi elementami.
Co w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że niczego nie zapomniałam.
A ponieważ regularnie zapominam, że czegoś zapomniałam, więc spokojnie, z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku pławię się w radości z wyjazdu, patrząc na wyniki pakowania:
które (trzeba przyznać) są imponujące.
Ale, niestety błogi spokój się kończy w bardzo późnych godzinach nocnych tuż przed wyjazdem!!!
W popłochu zaczynam rozpakowywać wszystko szukając..............czegoś. Wszystko jedno czego, bo zawsze jakaś taka rzecz mi się przypomni prawie przed wyjście z domu.
I potem Romek wygląda jakoś tak:
a ja tak:
Ale trwa to tylko chwilę bo wszak jedziemy. JEDZIEMY!!! JEDZIEMY. Urlop mamy!!!
A urlop w tym roku przebiegał będzie:
Dla Romka:
Już się tam Niko z Wojtusiem na dziadka szykują...
A dla mnie...
duuuuuuużo!
I jeszcze: pogaduszki z dziewczynami
też duuuuużo
I jeszcze:
również duuuuużo.
Ale to nie koniec.
Jeszcze:
także duuuuużo.
Ale najwięcej zabawy z Moimi Najważniejszymi:
Bo wszak po to głównie jadę!!!
Ale to za trzy tygodnie.
Jeszcze tu zajrzę. Mam nadzieję.
środa, 25 czerwca 2014
Słodko
Dziś znów będzie o przyjaźni.
Emilka mnie zainspirowała.
Ale dziś będzie "ze wskazaniem".
Oto "wskazanie":
Bo z przyjaciółmi jest tak, że albo są na chwilę, albo na wieczność, albo nie są przyjaciółmi...
Sama uważam, że zbyt często szafujemy określeniem "przyjaźń" nazywając w ten sposób relacje niewiele mające z owym określeniem wspólnego.
Bywa, że każda większa zażyłość, według niektórych, to już przyjaźń.
Ba, znam takich, którzy po pierwszej sympatycznej z kimś pogawędce, mówią: "to mój przyjaciel".
A nawet określają tym mianem ludzi, którzy im, z racji funkcji na przykład, "słodzą".
Ale nie o tym chciałam...
Chciałam o naszej wczorajszej wizycie u ... no właśnie: u przyjaciół.
Znamy się długo. Ze dwadzieścia lat spokojnie. Poznaliśmy się w kościele. I "od ręki" zaczęliśmy nadawać na tych samych falach. Zaliczyliśmy parę wspólnych wyjazdów, jakieś wczasy, jakieś wykłady w Szkole Biblijnej... A poza tym nie spędzamy ze sobą jakiejś zawrotnej ilości czasu.
Nasze drogi na trochę się rozeszły: Oni w innym kościele niż my. I wtedy to już całkiem sporadycznie się widywaliśmy.Ale teraz znów spotykamy się w każdą niedzielę w kościele i czasem poza nim.
Ale jeśli się spotykamy, to ten czas jest intensywnie wykorzystany.
Wczoraj też był. Dobre jedzenie, gadanie bez końca... z obowiązkowym "odstaniem" 20 minut w przedpokoju żeby opowiedzieć sobie to wszystko, czego w ciągu 4,5 godzinnej wizyty nie zdążyliśmy powiedzieć...
Ten przedpokój, to taka tradycja: podejrzewam, że gdybyśmy spędzili 2 tygodnie w jednym pomieszczeniu to i tak trzeba by było odstać swoje w przedpokoju na pożegnanie.
Tradycją jest również, że ilekroć się spotkamy towarzysko, to Romek i Grzegorz po jakiś 10 minutach wchodzą w konflikt bo mają różne zdania na temat, który właśnie przerabiają. Jeden porywczy choleryk, drugi uparty jak muł flegmatyk...Fajnie jest.
Na początku się obie z Grażynką przejmowałyśmy. Teraz patrzymy na to jak na teatr. I czekamy kiedy skończą i porzucą temat. Bo w kwestiach spornych jeszcze chyba nigdy nasi panowie nie doszli do porozumienia.
A więc rozmawiamy sobie obowiązkowo o wspólnych wczasach, wspominamy kwintale pierogów, jakie na owych wczasach panowie pochłonęli...
I o różnych takich.
Ale wiodące tematy takich spotkań są dwa. I śmiało mogę powiedzieć, że na żadnym dotychczasowym nie zdarzyło się któregoś z nich pominąć.
Otóż: zawsze, ale to ZAWSZE rozmawiamy o dentystach i o Panu Bogu.
Dobry zestaw, nie?
[I tu mi się przypomina wypowiedź pewnej pięciolatki, która po powrocie od dentysty, po wyrwaniu bolącego zęba, została zrugana przez tatę, że beczy: "Panu Bogu nie udały się dwie rzeczy: zęby i mężczyźni"]
Kolejność tematów nie wynika z hierarchii ważności, żebyście nie myśleli!!!
Raczej z ... tradycji? Nie, po prostu samo tak wychodzi.
Miałam ostatnio trudny czas. I troszkę planowałam "popłakać im w klapy"...
Ale nie popłakałam. Nie udało się. I, Bogu dziękować, wcale nie było potrzebne.
O przyjaciołach wiele mądrych i wzniosłych rzeczy powiedziano.
Do mnie najbardziej przemawia to:
To najdokładniej określa nasze z Nimi relacje!!!
Z całego serca życzę sobie abyśmy nigdy tego nie stracili, nie zaniedbali, mieli czas i chęć zabiegać o siebie i pielęgnować to co się nam przytrafiło.
Bo wbrew popularnemu myśleniu, taka przyjaźń się zbyt często nie trafia.
A nam się trafiła!!!
Emilka mnie zainspirowała.
Ale dziś będzie "ze wskazaniem".
Oto "wskazanie":
Bo z przyjaciółmi jest tak, że albo są na chwilę, albo na wieczność, albo nie są przyjaciółmi...
Sama uważam, że zbyt często szafujemy określeniem "przyjaźń" nazywając w ten sposób relacje niewiele mające z owym określeniem wspólnego.
Bywa, że każda większa zażyłość, według niektórych, to już przyjaźń.
Ba, znam takich, którzy po pierwszej sympatycznej z kimś pogawędce, mówią: "to mój przyjaciel".
A nawet określają tym mianem ludzi, którzy im, z racji funkcji na przykład, "słodzą".
Ale nie o tym chciałam...
Chciałam o naszej wczorajszej wizycie u ... no właśnie: u przyjaciół.
Znamy się długo. Ze dwadzieścia lat spokojnie. Poznaliśmy się w kościele. I "od ręki" zaczęliśmy nadawać na tych samych falach. Zaliczyliśmy parę wspólnych wyjazdów, jakieś wczasy, jakieś wykłady w Szkole Biblijnej... A poza tym nie spędzamy ze sobą jakiejś zawrotnej ilości czasu.
Nasze drogi na trochę się rozeszły: Oni w innym kościele niż my. I wtedy to już całkiem sporadycznie się widywaliśmy.Ale teraz znów spotykamy się w każdą niedzielę w kościele i czasem poza nim.
Ale jeśli się spotykamy, to ten czas jest intensywnie wykorzystany.
Wczoraj też był. Dobre jedzenie, gadanie bez końca... z obowiązkowym "odstaniem" 20 minut w przedpokoju żeby opowiedzieć sobie to wszystko, czego w ciągu 4,5 godzinnej wizyty nie zdążyliśmy powiedzieć...
Ten przedpokój, to taka tradycja: podejrzewam, że gdybyśmy spędzili 2 tygodnie w jednym pomieszczeniu to i tak trzeba by było odstać swoje w przedpokoju na pożegnanie.
Tradycją jest również, że ilekroć się spotkamy towarzysko, to Romek i Grzegorz po jakiś 10 minutach wchodzą w konflikt bo mają różne zdania na temat, który właśnie przerabiają. Jeden porywczy choleryk, drugi uparty jak muł flegmatyk...Fajnie jest.
Na początku się obie z Grażynką przejmowałyśmy. Teraz patrzymy na to jak na teatr. I czekamy kiedy skończą i porzucą temat. Bo w kwestiach spornych jeszcze chyba nigdy nasi panowie nie doszli do porozumienia.
A więc rozmawiamy sobie obowiązkowo o wspólnych wczasach, wspominamy kwintale pierogów, jakie na owych wczasach panowie pochłonęli...
I o różnych takich.
Ale wiodące tematy takich spotkań są dwa. I śmiało mogę powiedzieć, że na żadnym dotychczasowym nie zdarzyło się któregoś z nich pominąć.
Otóż: zawsze, ale to ZAWSZE rozmawiamy o dentystach i o Panu Bogu.
Dobry zestaw, nie?
[I tu mi się przypomina wypowiedź pewnej pięciolatki, która po powrocie od dentysty, po wyrwaniu bolącego zęba, została zrugana przez tatę, że beczy: "Panu Bogu nie udały się dwie rzeczy: zęby i mężczyźni"]
Kolejność tematów nie wynika z hierarchii ważności, żebyście nie myśleli!!!
Raczej z ... tradycji? Nie, po prostu samo tak wychodzi.
Miałam ostatnio trudny czas. I troszkę planowałam "popłakać im w klapy"...
Ale nie popłakałam. Nie udało się. I, Bogu dziękować, wcale nie było potrzebne.
O przyjaciołach wiele mądrych i wzniosłych rzeczy powiedziano.
Do mnie najbardziej przemawia to:
To najdokładniej określa nasze z Nimi relacje!!!
Z całego serca życzę sobie abyśmy nigdy tego nie stracili, nie zaniedbali, mieli czas i chęć zabiegać o siebie i pielęgnować to co się nam przytrafiło.
Bo wbrew popularnemu myśleniu, taka przyjaźń się zbyt często nie trafia.
A nam się trafiła!!!
środa, 11 czerwca 2014
Zupki
Nie jadam zup. Odkąd tylko mogłam.
Bo najpierw musiałam - moja Mamusia "zupowa" była i nie uznawała obiadu bez zupy. Zupa musiała być i dzieci musiały ją zjeść...
Najfajniej było przy krupniku: bo on to nam (mnie i memu Bratu) nie wchodził w ogóle. A wychowywaliśmy się w czasach kiedy w słowniku dziecka nie było określeń typu: "nie", " nie chcę", "nie będę" i trzeba było jeść ten krupnik aż się zjadło. Bywało, że do kolacji... znaczy: siedzieliśmy, jedliśmy, płakaliśmy do niego, robił się coraz zimniejszy i coraz bardziej słony.... Tak z godzinę, może półtorej to trwało. Potem była przerwa na nabranie sił i na kolację - od początku. Bo dzieci muszą jeść zupy!
Po takiej akcji wyglądaliśmy tak:
ja:
Ale skutki były takie, że miałam ściśle wkodowane, że ... dzieci muszą jeść zupy.
I kiedy sama zostałam mamą - to moje Dziecko jadło zupy. A jakże!!! Bez problemów. I wszystkie.
Sęk w tym, że Ona te zupy lubiła!!!
To sama przyjemność była gotować Paulince zupki, każda wzbudzała w Niej zachwyt. A ja, mając takiego wdzięcznego "zjadacza" specjalizowałam się w owych zupkach. I osiągnęłam mistrzostwo.
Romek nie lubił zup ale nie protestował jako, że wszystkożerny, ja się męczyłam "do nadal", Paulinka była zadowolona...
Aż tu nagle ... zjawiła się Emilka, która, po okresie odżywiania się mleczkiem, zaczęła odżywiać się ...mleczkiem. Kasza manna, płatki kukurydziane, budyń... ewentualnie: budyń, kasza manna, płatki kukurydziane. I zupka ... owocowa. Jedyna, którą jadła i nie wyglądała jakbym Ją katowała.
Każdy wyjazd na urlop, proszony obiad i tego typu "imprezy" to był dramat. bo nie dość, że zupki nieowocowe, to jeszcze pietruszka albo koperek. Te zaś wywoływały u mojego Dziecka odruch wymiotny...
I o ile Paulinka, jedząc zupkę wyglądała mniej-więcej tak:
O tyle Emilka zgoła tak:
I 2 lata trwało zanim mamusia (czyli ja) doszła do wniosku, że to nieprawda, że dzieci muszą jeść zupy.
I przestałam je gotować. To znaczy gotowałam, bo Paulinka nadal je lubiła. A reszta jak chciała to jadła. A jak nie, to miała (ta reszta) drugi obiad.
Potem, jak się nam rodzina powiększyła o Rafałka i Relusię, to i 4 obiadki gotowałam: dla każdego coś dobrego.
A teraz już zostaliśmy sami. I nie gotuję czterech obiadków.
Czasem gotuję dwa.
I czasem gotuję zupy. Romkowi. Nadal je i nie protestuje.
A raz ugotowałam... koperkową.
I sama pożarłam.
I okazało się, że koperkowa zupa jest dobra.
To może i botwinka jest dobra? I szczawiowa?
Chyba sprawdzę...
Wiem jedno: krupnik nie jest dobry. Do nadal !!!
Bo najpierw musiałam - moja Mamusia "zupowa" była i nie uznawała obiadu bez zupy. Zupa musiała być i dzieci musiały ją zjeść...
Najfajniej było przy krupniku: bo on to nam (mnie i memu Bratu) nie wchodził w ogóle. A wychowywaliśmy się w czasach kiedy w słowniku dziecka nie było określeń typu: "nie", " nie chcę", "nie będę" i trzeba było jeść ten krupnik aż się zjadło. Bywało, że do kolacji... znaczy: siedzieliśmy, jedliśmy, płakaliśmy do niego, robił się coraz zimniejszy i coraz bardziej słony.... Tak z godzinę, może półtorej to trwało. Potem była przerwa na nabranie sił i na kolację - od początku. Bo dzieci muszą jeść zupy!
Po takiej akcji wyglądaliśmy tak:
ja:
i mój brat:
I kiedy sama zostałam mamą - to moje Dziecko jadło zupy. A jakże!!! Bez problemów. I wszystkie.
Sęk w tym, że Ona te zupy lubiła!!!
To sama przyjemność była gotować Paulince zupki, każda wzbudzała w Niej zachwyt. A ja, mając takiego wdzięcznego "zjadacza" specjalizowałam się w owych zupkach. I osiągnęłam mistrzostwo.
Romek nie lubił zup ale nie protestował jako, że wszystkożerny, ja się męczyłam "do nadal", Paulinka była zadowolona...
Aż tu nagle ... zjawiła się Emilka, która, po okresie odżywiania się mleczkiem, zaczęła odżywiać się ...mleczkiem. Kasza manna, płatki kukurydziane, budyń... ewentualnie: budyń, kasza manna, płatki kukurydziane. I zupka ... owocowa. Jedyna, którą jadła i nie wyglądała jakbym Ją katowała.
Każdy wyjazd na urlop, proszony obiad i tego typu "imprezy" to był dramat. bo nie dość, że zupki nieowocowe, to jeszcze pietruszka albo koperek. Te zaś wywoływały u mojego Dziecka odruch wymiotny...
I o ile Paulinka, jedząc zupkę wyglądała mniej-więcej tak:
O tyle Emilka zgoła tak:
I 2 lata trwało zanim mamusia (czyli ja) doszła do wniosku, że to nieprawda, że dzieci muszą jeść zupy.
I przestałam je gotować. To znaczy gotowałam, bo Paulinka nadal je lubiła. A reszta jak chciała to jadła. A jak nie, to miała (ta reszta) drugi obiad.
Potem, jak się nam rodzina powiększyła o Rafałka i Relusię, to i 4 obiadki gotowałam: dla każdego coś dobrego.
A teraz już zostaliśmy sami. I nie gotuję czterech obiadków.
Czasem gotuję dwa.
I czasem gotuję zupy. Romkowi. Nadal je i nie protestuje.
A raz ugotowałam... koperkową.
I sama pożarłam.
I okazało się, że koperkowa zupa jest dobra.
To może i botwinka jest dobra? I szczawiowa?
Chyba sprawdzę...
Wiem jedno: krupnik nie jest dobry. Do nadal !!!
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Słodko-gorzko
Ostatnie wydarzenia w moim życiu skłoniły mnie do głebokich przemyśleń.... A co za tym idzie do odpowiednich (albo nieodpowiednich) wniosków....
Jest takie powiedzenia, że jak ktoś ma miękkie serce to musi mieć twarde "cztery litery".
I otóż właśnie... O tej dolegliwości mojej to ja zawsze wiedziałam. Nauczyłam się z nią żyć... I powiem nawet, że katar i inne objawy alergii dają mi się bardziej we znaki niż owa, wyżej wzmiankowana dolegliwość. Taka moja uroda i trudno.
Ale wczoraj po raz kolejny poczułam się zlekceważona. I to przez kogoś, kto relacje nas łączące określa jako przyjaźń.
Przyjaźń zobowiązuje. Na przykład do liczenia się z przyjacielem. Do trochę większej wrażliwości w relacjach niż tych jakie mamy w stosunku do sąsiadki...
Tak myślę. I tak robię. Wczuwam się po prostu.
Może nie każdy to potrafi... Może. Ja to przerabiałam od wczesnej młodości. I zdecydowanie mogę powiedzieć, że teraz mam to już we krwi.
Ale każdy może się tego nauczyć. Można się nauczyć spojrzeć na drugiego człowieka i pomyśleć: "jak ja bym się poczuła, gdyby to mnie spotkało?".
To nie jest trudne i naprawdę możliwe do zrobienia..
Ludzie nas często zawodzą. I wykorzystują.
To dwa zupełnie różne procesy.
Chociaż często mylone.
Nie chcę rozważaćć wykorzystywania. Chociaż bywa. Budzę się czasem "z ręką w nocniku" I dziwię się, że znowu... Wszak to nie pierwszy raz i już powinnam być mądrzejsza. Nie powinnam się dawać nabierać na te wszystkie obietnice, piękne słówka i nie powinnam myśleć, że "jak ja komuś chleb, to on mi też chleb".
Ale naiwna jestem i ciągle wierzę, że to nie kamień tylko taka troszkę czerstwa bułeczka...
Ale serce miękkie mam, to i zaraz sobie mówię:"troszkę łez i bułeczka zmięknie" :) I najczęściej tak się dzieje...
I jakoś przeżyłam te wszystkie lata, w niezłym zdrowiu, wątroba mi nie gnije, bo nikomu niczego nie zazdroszczę, serce mam zdrowe, bo nawet jak się na kogoś obrażę ("kogoś" czytaj Romka) to zanim znikną zewnętrzne objawy mego obrażenia (foch i milczenie), w moim sercu, a bywa coraz częściej, że i w moim mózgu nie ma już śladu po tym wydarzeniu. I potem w panice się zastanawiam o co się obraziłam... A możliwości są duże:
Bywam wykorzystywana. Nie mówię, że nie. Ale takie jest życie i myślę, że dlatego świat się kręci, że jedni drugich wykorzystują.
Co najważniejsze: nigdy, przenigdy nie czułam się wykorzystywana przez Moje Dzieci. Ani Wnuki.
Chociaż był czas, że mówiłam: "babcia nie ma kręgosłupa". Ale to tylko dlatego, że Relusia zafascynowana tym, co człowiek ma w środku nie mogła się nadziwić, że ma taką felerną babcie.
To tyle na temat wykorzystywania...
Wrócę do kwestii przyjaźni i zawodów jakie się wtedy przytrafiają... A może nie "się", może raczej powinnam napisać:"mnie".
Przyjacielowi się więcej wybacza. - Nie, przyjaciel, to ktoś, komu nie masz nic do wybaczenia. Uczciwy, lojalny. I bliski. Szczególnie wtedy, kiedy tego potrzebujesz.
To ktoś, dla kogo mam specjalne miejsce w moim sercu, w moich myślach i w moich planach na życie. - Tak. A jeśli inni są ważniejsi, jeśli dla przyjaciela znajduję chwilkę wtedy, kiedy już wszystko inne pozałatwiałam, odwiedziłam, zaprosiłam, posprzątałam... Albo nie znajduję tej chwilki ... i potem tylko powiem: "przepraszam ale miałam ważniejsze sprawy". To nie przyjaźń.
Ja jestem gotowa biec na każde zawołanie. Odłożyć wszystko i być. Nawet jeśli nie usłyszę wyraźnego wezwania:" potrzebuję cię".
Ale to ja. Bo dla mnie to jest ważne.
A od wczoraj czuję, że chyba tylko dla mnie...
Wszak to nie pierwszy raz... I pewnie nie ostatni.
A dziś poniedziałek.
To ja też zacznę w poniedziałek !
A dla zainteresowanych, oraz dla mnie - ku pamięci:
za Słownikiem Języka Polskiego cytuję, co to jest
PRZYJAŹŃ:
bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej szczerości, życzliwości, zaufaniu, możności polegania na kimś w każdej sytuacji;
Jest takie powiedzenia, że jak ktoś ma miękkie serce to musi mieć twarde "cztery litery".
I otóż właśnie... O tej dolegliwości mojej to ja zawsze wiedziałam. Nauczyłam się z nią żyć... I powiem nawet, że katar i inne objawy alergii dają mi się bardziej we znaki niż owa, wyżej wzmiankowana dolegliwość. Taka moja uroda i trudno.
Ale wczoraj po raz kolejny poczułam się zlekceważona. I to przez kogoś, kto relacje nas łączące określa jako przyjaźń.
Przyjaźń zobowiązuje. Na przykład do liczenia się z przyjacielem. Do trochę większej wrażliwości w relacjach niż tych jakie mamy w stosunku do sąsiadki...
Tak myślę. I tak robię. Wczuwam się po prostu.
Może nie każdy to potrafi... Może. Ja to przerabiałam od wczesnej młodości. I zdecydowanie mogę powiedzieć, że teraz mam to już we krwi.
Ale każdy może się tego nauczyć. Można się nauczyć spojrzeć na drugiego człowieka i pomyśleć: "jak ja bym się poczuła, gdyby to mnie spotkało?".
To nie jest trudne i naprawdę możliwe do zrobienia..
Ludzie nas często zawodzą. I wykorzystują.
To dwa zupełnie różne procesy.
Chociaż często mylone.
Nie chcę rozważaćć wykorzystywania. Chociaż bywa. Budzę się czasem "z ręką w nocniku" I dziwię się, że znowu... Wszak to nie pierwszy raz i już powinnam być mądrzejsza. Nie powinnam się dawać nabierać na te wszystkie obietnice, piękne słówka i nie powinnam myśleć, że "jak ja komuś chleb, to on mi też chleb".
Ale naiwna jestem i ciągle wierzę, że to nie kamień tylko taka troszkę czerstwa bułeczka...
Ale serce miękkie mam, to i zaraz sobie mówię:"troszkę łez i bułeczka zmięknie" :) I najczęściej tak się dzieje...
I jakoś przeżyłam te wszystkie lata, w niezłym zdrowiu, wątroba mi nie gnije, bo nikomu niczego nie zazdroszczę, serce mam zdrowe, bo nawet jak się na kogoś obrażę ("kogoś" czytaj Romka) to zanim znikną zewnętrzne objawy mego obrażenia (foch i milczenie), w moim sercu, a bywa coraz częściej, że i w moim mózgu nie ma już śladu po tym wydarzeniu. I potem w panice się zastanawiam o co się obraziłam... A możliwości są duże:
Bywam wykorzystywana. Nie mówię, że nie. Ale takie jest życie i myślę, że dlatego świat się kręci, że jedni drugich wykorzystują.
Co najważniejsze: nigdy, przenigdy nie czułam się wykorzystywana przez Moje Dzieci. Ani Wnuki.
Chociaż był czas, że mówiłam: "babcia nie ma kręgosłupa". Ale to tylko dlatego, że Relusia zafascynowana tym, co człowiek ma w środku nie mogła się nadziwić, że ma taką felerną babcie.
To tyle na temat wykorzystywania...
Wrócę do kwestii przyjaźni i zawodów jakie się wtedy przytrafiają... A może nie "się", może raczej powinnam napisać:"mnie".
Przyjacielowi się więcej wybacza. - Nie, przyjaciel, to ktoś, komu nie masz nic do wybaczenia. Uczciwy, lojalny. I bliski. Szczególnie wtedy, kiedy tego potrzebujesz.
To ktoś, dla kogo mam specjalne miejsce w moim sercu, w moich myślach i w moich planach na życie. - Tak. A jeśli inni są ważniejsi, jeśli dla przyjaciela znajduję chwilkę wtedy, kiedy już wszystko inne pozałatwiałam, odwiedziłam, zaprosiłam, posprzątałam... Albo nie znajduję tej chwilki ... i potem tylko powiem: "przepraszam ale miałam ważniejsze sprawy". To nie przyjaźń.
Ja jestem gotowa biec na każde zawołanie. Odłożyć wszystko i być. Nawet jeśli nie usłyszę wyraźnego wezwania:" potrzebuję cię".
Ale to ja. Bo dla mnie to jest ważne.
A od wczoraj czuję, że chyba tylko dla mnie...
Wszak to nie pierwszy raz... I pewnie nie ostatni.
A dziś poniedziałek.
To ja też zacznę w poniedziałek !
A dla zainteresowanych, oraz dla mnie - ku pamięci:
za Słownikiem Języka Polskiego cytuję, co to jest
PRZYJAŹŃ:
bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej szczerości, życzliwości, zaufaniu, możności polegania na kimś w każdej sytuacji;
Subskrybuj:
Posty (Atom)









.jpg)





.jpg)





