Za oknem różne takie...
wietrzysko przez całą noc,
+2 na termometrze,
śnieg, wczoraj jeszcze bielutki i "przytulny", dziś wygląda jak brudna szmata do mycia podłogi.
A ja...
zbuntowana
bo zimno
bo intelekt zamarza
bo wszystko boli od zbyt długiego leżenia w betach.
Postanowiłam być w stanie buntu jeszcze przez jakiś (długi) czas.
Czyli: nie gotować, nie sprzątać, nie robić zakupów, siedzieć i płakać.
Pomyślałam sobie, że jeszcze tylko zerknę do internetu... Wszak trzeba wiedzieć, co się na świecie wyrabia...
No i dowiedziałam się...
Po 40 minutach studiowania wiadomości (i nie tylko) zrobiło mi się jeszcze gorzej. Jeszcze smutniej, jeszcze bardziej ponuro i poczułam, że jeszcze bardziej muszę się zbuntować!
Wszak świat jest do niczego, ludzie zawistni i nieprzyjaźni. A życie takie ciężkie, że już się go nie da podźwignąć!
No to się buntuję!
Buntuję się przeciw temu co wyżej napisałam!
Niech sobie będzie zimno.
Ogacę się porządnie i zrobię te wszystkie rzeczy, których miałam nie robić. Wszak jeszcze tylko luty (zapowiadają do -15 hihi...) a potem już "z górki" i coraz bliżej lata, które samo w sobie jest powodem do radości.
A jeszcze w międzyczasie mnóstwo miłych wydarzeń mnie czeka: moi ukochani przylatują!!!
Najpierw w lutym, potem w maju.
Więc jedna wiosna czeka mnie za parę dni: wiosna lutowa. a następnie: podwójna wiosna wiosenna majowa!
A potem (bardzo potem): urlop w wymarzonym od wieków (jestem wiekowa!) miejscu.
A wokół mnie ludzie mili i sympatyczni. I jestem pewna, że niezawistni.
A w necie znalazłam opowieść o Janku, który będzie walczył z niedźwiedziami, ale (póki co...) wystraszył się paproszka. Janek ma ok. 2 lat.
Czyż to nie jest pokrzepiająca wiadomość!
I taka pokrzepiona idę do obowiązków.
A potem zakopię się pod stertą kocyków z grubą książką i wielkim kubłem herbaty!
czwartek, 29 stycznia 2015
wtorek, 27 stycznia 2015
Czy to już starość?
Zostałam dziś troszkę zrugana.
1.Że się ośmieliłam mieć inne zdanie.
2. Że to zdanie wyraziłam.
3. I kazano mi czytać ze zrozumieniem.
Jeszcze troszkę jestem zdziwiona. I stąd ta moja dziś pisaninka...
Bo tak:
1. Myślę sobie, że jeśli mówimy, piszemy, czy w jakikolwiek inny sposób artykułujemy i "do wierzenia podajemy" jakąś opinię, wynurzenia czy zgoła tylko informację, to powinniśmy liczyć się z tym, że - będzie odzew. A rodzaj odzewu zależy od tego kto to usłyszy bądź przeczyta. A słyszą i czytają różni: mili, niemili, życzliwi, nieżyczliwi, smutni i weseli. To, niestety jest TO ryzyko :) .
2. A jak już ktoś to swoje zdanie ma, to naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, żeby je wyrazić. I nikt, absolutnie nikt nie ma prawa nikomu tego zabronić.
3. Czytam, lekko licząc jakieś 53 lata. I jeszcze się nie spotkałam z zarzutem, że nie rozumiem tego co czytam. Jeśli sama nie jestem pewna intencji piszącego (jak w tym przypadku), czy mówiącego - to po prostu pytam "co autor miał na myśli". Tym razem nie miałam wątpliwości. Nie mieli ich również ci, których zapytałam o moje zrozumienie. Oni zrozumieli dokładnie tak samo.
Wnioski. I deklaracje: (moje)
1.Każdy ma prawo do swojego zdania i do swojej opinii na każdy temat. Nawet, jeśli się nie zna!!!
Wszystkim tym, którzy przebywają w moim otoczeniu daję prawo do własnego zdania. Nawet, jeśli nie jest ono kompatybilne z moim.
2.Tu jedyna uwaga: jeśli już wyrażamy swoje zdanie i swoja opinie, to jedyne, co jest istotne: nie róbmy tego za plecami zainteresowanego.
Zrozumiałym jest, że również o swoje plecy tu "walczę". Bo chcę mieć możliwość wytłumaczyć czy też usprawiedliwić ze swego postępowania. Jeśli jest tak potrzeba.
3. Ponieważ ja czytam ze zrozumieniem, to raczej tak samo postrzegam innych czytających. A jeśli ich intencje są niejasne, jeśli podejrzewam, że nie zrozumieli, to raczej staram się wytłumaczyć a nie obrażać posądzeniem o tego typu braki.
Z mojej strony możecie liczyć na to, że spróbuję wytłumaczyć zanim dam dobrą radę typu: "czytaj/słuchaj ze zrozumieniem".
Tytuł może się wydać nieadekwatny do treści. Ale nie jest.
Im człowiek starszy, tym bardziej nietoperza przypomina: niedowidzi, niedosłyszy i się czepia.
Być może niektórzy już się mocno zestarzeli i stąd sposób w jaki zostałam potraktowana...
Być może... Ale nie zapytam. Nie mam nastroju żeby znów podpaść.
1.Że się ośmieliłam mieć inne zdanie.
2. Że to zdanie wyraziłam.
3. I kazano mi czytać ze zrozumieniem.
Jeszcze troszkę jestem zdziwiona. I stąd ta moja dziś pisaninka...
Bo tak:
1. Myślę sobie, że jeśli mówimy, piszemy, czy w jakikolwiek inny sposób artykułujemy i "do wierzenia podajemy" jakąś opinię, wynurzenia czy zgoła tylko informację, to powinniśmy liczyć się z tym, że - będzie odzew. A rodzaj odzewu zależy od tego kto to usłyszy bądź przeczyta. A słyszą i czytają różni: mili, niemili, życzliwi, nieżyczliwi, smutni i weseli. To, niestety jest TO ryzyko :) .
2. A jak już ktoś to swoje zdanie ma, to naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, żeby je wyrazić. I nikt, absolutnie nikt nie ma prawa nikomu tego zabronić.
3. Czytam, lekko licząc jakieś 53 lata. I jeszcze się nie spotkałam z zarzutem, że nie rozumiem tego co czytam. Jeśli sama nie jestem pewna intencji piszącego (jak w tym przypadku), czy mówiącego - to po prostu pytam "co autor miał na myśli". Tym razem nie miałam wątpliwości. Nie mieli ich również ci, których zapytałam o moje zrozumienie. Oni zrozumieli dokładnie tak samo.
Wnioski. I deklaracje: (moje)
1.Każdy ma prawo do swojego zdania i do swojej opinii na każdy temat. Nawet, jeśli się nie zna!!!
Wszystkim tym, którzy przebywają w moim otoczeniu daję prawo do własnego zdania. Nawet, jeśli nie jest ono kompatybilne z moim.
2.Tu jedyna uwaga: jeśli już wyrażamy swoje zdanie i swoja opinie, to jedyne, co jest istotne: nie róbmy tego za plecami zainteresowanego.
Zrozumiałym jest, że również o swoje plecy tu "walczę". Bo chcę mieć możliwość wytłumaczyć czy też usprawiedliwić ze swego postępowania. Jeśli jest tak potrzeba.
3. Ponieważ ja czytam ze zrozumieniem, to raczej tak samo postrzegam innych czytających. A jeśli ich intencje są niejasne, jeśli podejrzewam, że nie zrozumieli, to raczej staram się wytłumaczyć a nie obrażać posądzeniem o tego typu braki.
Z mojej strony możecie liczyć na to, że spróbuję wytłumaczyć zanim dam dobrą radę typu: "czytaj/słuchaj ze zrozumieniem".
Tytuł może się wydać nieadekwatny do treści. Ale nie jest.
Im człowiek starszy, tym bardziej nietoperza przypomina: niedowidzi, niedosłyszy i się czepia.
Być może niektórzy już się mocno zestarzeli i stąd sposób w jaki zostałam potraktowana...
Być może... Ale nie zapytam. Nie mam nastroju żeby znów podpaść.
czwartek, 22 stycznia 2015
Świątecznie
Takie Święta najważniejsze, że aż się poczułam zobligowana do napisania... czegoś.
Rozważania to będą na temat najważniejszy w pewnym momencie życia. Na temat Dnia Babci i Dnia Dziadka. Jako, że już od paru ładnych lat obchodzimy razem z Romkiem te Święta.
Po pierwsze:
fajnie, że są razem.
Bo nie trzeba 2 razy pamiętać. A w pewnym wieku, to już bywa trudno... (no, umówmy się, że Romek odkąd Go znam jest w takim wieku, że nie pamięta... w zasadzie niczego :) ).
I dzięki temu, że są razem, to moje "angielskie" wnuki mogą sprawę załatwić za jednym "cugiem".
Bo babcia i dziadek RAZEM mają ważne funkcje do spełnienia:
Po drugie:
fajnie, że możemy przyjmować życzenia i na polskie i na angielskie Dni.
Z resztą Dzień Matki i Dzień Ojca też miewamy zdublowany.*
A najśmieszniej jest wtedy kiedy wszyscy, dokładnie wszyscy zapomną !
Tylko, ja nie jestem taka babcia (ani matka) co się boczy i jest jej przykro. Ja dzwonię i mówię: "proszę mi tu na tentychmiast życzenia składać".
I składają.
Ale, prawdę mówiąc, to ja Dzień Babci mam codziennie...
A w każdym razie w każdą sobotę i w każdą niedzielę.
Dlaczego?
Bo w sobotę rozmawiam na skypie z Nikiem i z Aurelką.
A w niedzielę z Wojtusiem i z Lusią.
I nie muszę dostawać specjalnych życzeń.
A prócz tego codziennie rozmawiam z Moimi Dziećmi... I to jest dla mnie wyznacznikiem, że jestem ważna dla Nich wszystkich.
Co nie znaczy, że życzenia i kwiaty, tudzież prezenty nie są mile widziane.
Są. Pewnie, że są ! Nie wzdragam się ze wstrętem na widok prezentu!!!
Po trzecie:
My** nie jesteśmy takimi dziadkami i babciami jakimi często chce nas widzieć świat:
Ale za to jesteśmy tacy, jakimi chcą nas widzieć nasze WNUKI:
Z dziadkiem na rybach (w przyszłym roku tak Romek będzie wyglądał z całą z Nikiem, Wojtkiem i Lusią !!):
Albo zgoła jak my sami siebie postrzegamy:
Po pierwsze:
fajnie, że są razem.
Bo nie trzeba 2 razy pamiętać. A w pewnym wieku, to już bywa trudno... (no, umówmy się, że Romek odkąd Go znam jest w takim wieku, że nie pamięta... w zasadzie niczego :) ).
I dzięki temu, że są razem, to moje "angielskie" wnuki mogą sprawę załatwić za jednym "cugiem".
Bo babcia i dziadek RAZEM mają ważne funkcje do spełnienia:
Po drugie:
fajnie, że możemy przyjmować życzenia i na polskie i na angielskie Dni.
Z resztą Dzień Matki i Dzień Ojca też miewamy zdublowany.*
A najśmieszniej jest wtedy kiedy wszyscy, dokładnie wszyscy zapomną !
Tylko, ja nie jestem taka babcia (ani matka) co się boczy i jest jej przykro. Ja dzwonię i mówię: "proszę mi tu na tentychmiast życzenia składać".
I składają.
Ale, prawdę mówiąc, to ja Dzień Babci mam codziennie...
A w każdym razie w każdą sobotę i w każdą niedzielę.
Dlaczego?
Bo w sobotę rozmawiam na skypie z Nikiem i z Aurelką.
A w niedzielę z Wojtusiem i z Lusią.
I nie muszę dostawać specjalnych życzeń.
A prócz tego codziennie rozmawiam z Moimi Dziećmi... I to jest dla mnie wyznacznikiem, że jestem ważna dla Nich wszystkich.
Co nie znaczy, że życzenia i kwiaty, tudzież prezenty nie są mile widziane.
Są. Pewnie, że są ! Nie wzdragam się ze wstrętem na widok prezentu!!!
Po trzecie:
My** nie jesteśmy takimi dziadkami i babciami jakimi często chce nas widzieć świat:

Z dziadkiem na rybach (w przyszłym roku tak Romek będzie wyglądał z całą z Nikiem, Wojtkiem i Lusią !!):
Razem w aquaparku:
Przy komputerze:
Z dziadkiem odpowiadającym na 638 pytań na godzinę (mam łatwiej, za mnie komputer odpowiada jak widać na wyżej załączonym obrazku):
Z babcią, która kocha czytać a nie znosi opowiadać bajek:
Wszystkiego Najlepszego Babcie i Dziadkowie!!!
Damy radę!!!
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*Bo w Anglii jakoś dziwne są te daty ustalone. Ale najważniejsze, że się nie pokrywają z polskimi. :) :)
** pisząc "my" miałam na uwadze dziadków w naszym wieku
czwartek, 1 stycznia 2015
Postanowienia Noworoczne
Nie posiadam. Zawsze mi to było obce ideowo. Tak jakoś...
I wcale nie jestem doskonała. Wręcz przeciwnie.
Moja lista postanowień byłaby długa.
Gdyby była.
Ale, jak nie lubię chodzić po sklepach "pozwiedzać", jak nie lubię robić niczego bez konkretnego celu, tak nie lubię czynić postanowień, których nie zrealizuję.
Ale mam MARZENIA NOWOROCZNE !
I te z pewnością zrealizuję. Wprawdzie niekoniecznie w 2015 roku... ale to już szczegół.
A przez to, że za nic mam terminy (wszak takich noworocznych postanowień powinno się w ciągu roku dokonać!), nie czuję żadnej presji i Sylwester 2015 nie wygląda groźnie z kalendarza.
A ja sobie spokojniutko marzę*:
-częściej odwiedzać Dzieci i Wnuki (tak naprawdę to bym chciała być u Nich raz w miesiącu ze dwa dni...)
nie da się :(
-"porwać" Relusię na 2-3 dni , spędzić je TYLKO z Nią i WRESZCIE porozmawiać da się, da :)
- umówić się z Rafałem na kawę na pewno się da! :)
-polubić zimę (i tu już zrobiłam pierwszy krok, bo w lutym Moi Najukochańsi przylatują i to będzie ten dobry kawałek zimy!)
-więcej czasu poświęcać przyjaciołom (niewątpliwie się da!)
-mieć więcej odwagi i częściej mówić ludziom dobre rzeczy (tu tylko muszę pokonać wrodzoną nieśmiałość i mówić je również tym, z którymi nie jestem zbyt blisko. Bo akurat z najbliższymi nie mam problemów)
-pojechać/polecieć do ciepłych krajów... ze wskazaniem na Izrael, Albanię i Norwegię. (tak, wiem, że Norwegia nie jest ciepłym krajem. Ale Wielka Brytania też nie jest a ja zawsze mówię, że lecę do ciepłych krajów, kiedy tam lecę. Bo to jest miejsce, w którym moje serce się rozgrzewa. A na myśl o Norwegii również mi się na sercu robi cieplutko!)
-zabrać cała czwórkę Moich Wnuków na wakacje
-żyć tak, żeby bez wstydu patrzeć codziennie rano na siebie w lustrze (udawało się dotychczas, pociągnę to dalej)
-mimo lat, nie być jak nietoperz (niedowidzi, niedosłyszy i się czepia)
-nie zapomnieć, że się było dzieckiem (Romkowi łatwiej, Moje Córki mówią, że mężczyźni rozwijają się do
5 roku życia, a potem tylko rosną a On się z tym zgadza...).
-czytać 2 książki dziennie
Dosyć!
Takie mam marzenia... Ale może Wy - Moja Rodzinko Ukochana i Najważniejsza
- Moi Przyjaciele, o których wiem, że zawsze mogę na Was liczyć
macie jakieś marzenie, które mogłabym zrealizować dla Was, albo chociaż pomóc Wam je zrealizować?
Jeśli tak, to dajcie mi znać. Razem możemy się postarać, żeby ten rok nie był gorszy od tego, który minął.
___________________________________________
* Kolejność niekoniecznie według ważności. Ale już nie będę owej ważności ustalać. Chociaż niewątpliwie mam priorytety.
I wcale nie jestem doskonała. Wręcz przeciwnie.
Moja lista postanowień byłaby długa.
Gdyby była.
Ale, jak nie lubię chodzić po sklepach "pozwiedzać", jak nie lubię robić niczego bez konkretnego celu, tak nie lubię czynić postanowień, których nie zrealizuję.
Ale mam MARZENIA NOWOROCZNE !
I te z pewnością zrealizuję. Wprawdzie niekoniecznie w 2015 roku... ale to już szczegół.
A przez to, że za nic mam terminy (wszak takich noworocznych postanowień powinno się w ciągu roku dokonać!), nie czuję żadnej presji i Sylwester 2015 nie wygląda groźnie z kalendarza.
A ja sobie spokojniutko marzę*:
-częściej odwiedzać Dzieci i Wnuki (tak naprawdę to bym chciała być u Nich raz w miesiącu ze dwa dni...)
nie da się :(
-"porwać" Relusię na 2-3 dni , spędzić je TYLKO z Nią i WRESZCIE porozmawiać da się, da :)
- umówić się z Rafałem na kawę na pewno się da! :)
-polubić zimę (i tu już zrobiłam pierwszy krok, bo w lutym Moi Najukochańsi przylatują i to będzie ten dobry kawałek zimy!)
-więcej czasu poświęcać przyjaciołom (niewątpliwie się da!)
-mieć więcej odwagi i częściej mówić ludziom dobre rzeczy (tu tylko muszę pokonać wrodzoną nieśmiałość i mówić je również tym, z którymi nie jestem zbyt blisko. Bo akurat z najbliższymi nie mam problemów)
-pojechać/polecieć do ciepłych krajów... ze wskazaniem na Izrael, Albanię i Norwegię. (tak, wiem, że Norwegia nie jest ciepłym krajem. Ale Wielka Brytania też nie jest a ja zawsze mówię, że lecę do ciepłych krajów, kiedy tam lecę. Bo to jest miejsce, w którym moje serce się rozgrzewa. A na myśl o Norwegii również mi się na sercu robi cieplutko!)
-zabrać cała czwórkę Moich Wnuków na wakacje
-żyć tak, żeby bez wstydu patrzeć codziennie rano na siebie w lustrze (udawało się dotychczas, pociągnę to dalej)
-mimo lat, nie być jak nietoperz (niedowidzi, niedosłyszy i się czepia)
-nie zapomnieć, że się było dzieckiem (Romkowi łatwiej, Moje Córki mówią, że mężczyźni rozwijają się do
5 roku życia, a potem tylko rosną a On się z tym zgadza...).
-czytać 2 książki dziennie
Dosyć!
Takie mam marzenia... Ale może Wy - Moja Rodzinko Ukochana i Najważniejsza
- Moi Przyjaciele, o których wiem, że zawsze mogę na Was liczyć
macie jakieś marzenie, które mogłabym zrealizować dla Was, albo chociaż pomóc Wam je zrealizować?
Jeśli tak, to dajcie mi znać. Razem możemy się postarać, żeby ten rok nie był gorszy od tego, który minął.
___________________________________________
* Kolejność niekoniecznie według ważności. Ale już nie będę owej ważności ustalać. Chociaż niewątpliwie mam priorytety.
niedziela, 21 grudnia 2014
Moje Święta...
Bombka. Moja. Wspomnienie dzieciństwa. Jedyna, jaka się zachowała:
Taki czas świąteczny nastał... I jakaś potrzeba wspomnień mnie ogarnęła... A tak naprawdę, to mnie Emilka swoją sałatką ziemniaczaną http://mil-owo.blogspot.com/2014/12/nadchodza-takie-swieta.html zainspirowała i poczułam nieprzepartą potrzebę powspominania... A że lata lecą, to i wspomnień sporo się nazbierało. W różnych dziedzinach. Ale dziś będą wspomnienia Bożonarodzeniowe...
A jak Boże Narodzenia to choinka...
A jak choinka to prezenty...
Moje najwcześniejsze wspomnienia to Święta spędzane u Dziadków... Czas najcudowniejszy bo wśród ludzi, którzy mnie absolutnie, bezgranicznie i na jakieś milion procent kochali i akceptowali.
Jak to Dziadkowie mają we zwyczaju. A ponieważ, prócz Dziadków były tam również moje Ciotki, niewiele starsze ode mnie - to czegóż więcej dziecku do szczęścia trzeba! Jeszcze jak się jest "oczkiem w głowie" całej rodzinki... Która pozwala na wszystko... albo nawet więcej*
Z tamtego najodleglejszego czasu pamiętam wielką choinkę z bombkami, łańcuchami, anielskim włosiem, cukierkami, jabłuszkami i orzechami... I z czymś jeszcze: ze świeczuszkami umieszczonymi w malutkich koszyczkach przypinanych do gałązek. I te właśnie kolorowe koszyczki na klips jak klamerka z kolorowymi malutkimi świeczkami najbardziej mnie intrygowały... Dawały cudne migające światełko, odbijające się w bombkach i dla mnie były najpiękniejszym elementem na choince.
Do dziś, kiedy widzę taki stary uchwyt na świeczkę choinkową, ogarnia mnie wzruszenie i zawsze myślę o choince u Dziadków.
Tam też (i tyko tam) śpiewało się kolędy.
Prezenty także były. Ale ich nie pamiętam. Wszak to parę ładnych lat minęło.
I tu wskazówka dla dzisiejszych rodziców i dziadków:
Wasze dzieci i wnuki, po latach, będą pamiętać atmosferę , jaka stworzyliście, a nie prezenty za którymi się uganialiście...
Ale, żeby nie było: prezenty też pamiętam. Dwa. Jeden to był olbrzymi blok rysunkowy i kredki.
A drugi: piękne, drewniane, bardzo kolorowe klocki.
To były prezenty znalezione pod choinką już w moim rodzinnym domu. Prezenty od Rodziców...
Pamiętam moją radość. I tego roku, kiedy znalazła pod choinką blok i kredki. I tego, kiedy znalazłam klocki. Nikt na świecie nie miał tak kolorowych klocków.
Po latach się dowiedziałam, że te klocki, to były stare nasze klocki pracowicie wyremontowane przez moich Rodziców, bo jak mi powiedzieli - mieli wtedy tak mało pieniędzy, że nie stać ich było na żadne prezenty. Ale przecież prezenty pod choinką muszą być!
*****************************************
*****************************************
Tu była przerwa na wzruszenie i otarcie łezki z oka (wcale nie kpię!)
A potem przyszły inne wspomnienia:
Sprzątanie, sprzątanie, sprzątanie... Mycie wszelkich kryształów i innej zastawy panoszącej się dumnie w różnych kredensach, używanej "od wielkiego dzwonu".
Pastowanie podłóg (kto pamięta pastę, szmatkę i pozdzierane kolana?), mycie okien, trzepanie dywanów, pranie firan...
Gotowanie, gotowanie, gotowanie... Najpierw przytachać do domu te tony wiktuałów, potem je przerobić na tradycyjne potrawy... Moja Mamusia zawsze uważała, że jedzenie jest najważniejszą czynnością w życiu** więc musiało go być dużo i dobre. Przez cały rok. A na Święta: więcej i lepsze.
I kiedy przychodziła wieczerza wigilijna to byłam tak zmęczona, że padałam z nóg i nie miałam ochoty na żadne jedzenie. I już nie lubiłam Świąt. Chciało mi się płakać ze zmęczenia. I dlatego, że musiałam zjeść z każdej potrawy chociaż trochę... A ja jeść nigdy nie lubiłam. A szczególnie nienawidziłam karpia i zupy grzybowej (ulubione dania mojej Mamusi).
Może, jakby mi pozwoliła jeść śledzie z ziemniakami i śmietaną to bym te Święta troszkę bardziej lubiła...
To było moje świąteczne dzieciństwo i młodość.
A potem przyszło dorosłe życie i dorosłe Święta. Pierwsze ważne, to Święta tego roku kiedy wyszłam za mąż. Wigilia u Teściów i ślub kościelny w Święta.
Oczywiście, nie minęły mnie wszelkie "przyjemności " z wcześniejszych lat. Do tego doszedł stres z powodu wizyty i Teściów, która do przyjemnych nie należała. Oraz stres związany z samą uroczystością ślubu kościelnego...
A potem były pierwsze
święta z naszą mała dwuletnią Córeczką, która dyrygowała swoim ojcem ubierającym choinkę ("jeście tu, jeście tu bombka". i na koniec "mozie być").
Święta, przed którymi nie było sprzątania ani gotowania...
Sprzątania nie było bośmy krótko przed świętami przeprowadzili się na "własne śmieci".
A gotowania nie było bo nie było ani pieniążków ani możliwości, żeby coś kupić. Mieliśmy kawałek karkówki, upieczony i przysłany nam w garnku przez moją Mamusię z drugiego końca Polski. I murzynka.
A potem były różne Święta... Wesołe i smutne. Bez prezentu jedynie dla mnie, bo ktoś nie pomyślał, że można... Z prezentem dla wnuczki w postaci umorzonego długu, który zaciągnęli jej rodzice.
W każdym razie żadne już
Święta nie były naznaczone ciężką pracą przy sprzątaniu i gotowaniu. Za to zawsze po
świętach był problem z rozbieraniem choinki. Stała i stała i stała... Wprawdzie nie była zbyt duża... ale nie mogła stać do Wielkanocy,,, A poza tym: kurz na niej osiadał. Aż któregoś roku Romek znalazł rozwiązanie: zapakował całą choinkę z ozdobami w worek foliowy i schował za tapczan. Na przyszły rok było jak znalazł!
Potem przyszły lata bezchoinkowe: nie było ich zbyt wiele. Zmienił nam się światopogląd i zmienił nam się sposób obchodzenia Świąt.
Ale szczęśliwie, choć światopogląd zmienił man się na stale, po jakimś czasie choinka znów zawitała w naszym domu. Dla drugiej naszej małej córeczki.
Pierwsza jej choinka była malutka, w doniczce, miała około 70 cm wysokości. I przyozdobiliśmy ją klockami i pudełkami po zapałkach owiniętymi w kolorowe papierki.***
I tak życie płynęło... Dzieci rosły, choinka raz była, raz nie... jedzenie było zawsze, choć nie w takich ilościach jak w moim domu rodzinnym. Zawsze też były prezenty. I nigdy użyteczne! I była pełna swoboda. Do tradycji należało, że każdy spędzał Święta jak lubił. Do tradycji także należało, że musi być sałatka. Z buraków. W ilości przynajmniej 5 kg. Do tradycji też należy, że Romek prawie każdą wigilię i któryś świąteczny dzień spędza w pracy. Taki pracowity jest, a co!
Potem przyszedł Rafał. I robił z Emilką pierogi (ja nie umiem). I uszka do barszczu.
I nauczył nas, że prezent musi być niespodzianką. Strasznie się męczyłam przez parę lat... Bo ja nie lubię niespodzianek (bo co będzie jak mi się nie spodoba... :( :( )...
Ale już się nie męczę. Polubiłam niespodzianki. Chociaż dzięki niespodziankowym prezentom Relusia w tamtym roku dostała dwa takie same pierścionki - ode mnie i od Rafała. Ale uznała to za zabawne. I stwierdziła, że świadczy to o naszych brakach w komunikacji... Co prawdą nie jest bo ja żadnych braków w komunikacji z nikim nie mam. A szczególnie z Rafałem!!!
Jak Emilka jeszcze była naszą małą córeczką, to w okolicach Świąt śpiewała nam zawsze kolędy. Często i dużo i takie, których nigdy nie słyszałam. Potem urosła, wyszła za mąż i wyjechała. I już nam nie śpiewa. Ale w tym roku śpiewała dzieciom swoim w charakterze kołysanek. A ja tam byłam i słyszałam. I było miło i świątecznie. Chociaż ani choinki, ani sałatki ziemniaczanej , ani takiej z buraków nie było. Jedynie prezenty były. Bo je tam zawiozłam.
I na koniec anegdota (z życia wzięte):
Romek ma zwyczaj w okolicach Świąt wszelakich składać wszystkim wokół życzenia: paniom w sklepie, sąsiadom, bez mała przechodniom na ulicy. Wszystkim życzy wesołych Świąt.
W minionym roku wychodzi w wigilię do pracy na nockę i mówi do mnie:"cześć".
Zapytałam rozżalona dlaczego wszystkim składa życzenia a dla mnie ma tylko "cześć". A On mi na to: "bo ja ci przez cały rok dobrze życzę."
I na najprawdziwszy koniec:
Wszystkim moim bliskim i dalekim, życzliwym i nieżyczliwym, kochanym i kochającym -
Życzę Wam wszystkiego dobrego. Radosnych Świąt. Nieważne czy z choinką, nieważne czy z prezentami, nieważne z jaką sałatką.
Byleby były to Święta z Panem Jezusem!
----------------------------------------------------------------------------------------------
* serio: któregoś razu nie myłam twarzy przez 2 tygodnie. Dlaczego? Bo nie chciałam.
** dziś tak uważa moja wnuczka Lusia
*** jako, że wraz ze zmianą światopoglądu pozbyliśmy się choinki i ozdóbek. Nie, nie zostaliśmy Świadkami Jehowy :)
Taki czas świąteczny nastał... I jakaś potrzeba wspomnień mnie ogarnęła... A tak naprawdę, to mnie Emilka swoją sałatką ziemniaczaną http://mil-owo.blogspot.com/2014/12/nadchodza-takie-swieta.html zainspirowała i poczułam nieprzepartą potrzebę powspominania... A że lata lecą, to i wspomnień sporo się nazbierało. W różnych dziedzinach. Ale dziś będą wspomnienia Bożonarodzeniowe...
A jak Boże Narodzenia to choinka...
A jak choinka to prezenty...
Moje najwcześniejsze wspomnienia to Święta spędzane u Dziadków... Czas najcudowniejszy bo wśród ludzi, którzy mnie absolutnie, bezgranicznie i na jakieś milion procent kochali i akceptowali.
Jak to Dziadkowie mają we zwyczaju. A ponieważ, prócz Dziadków były tam również moje Ciotki, niewiele starsze ode mnie - to czegóż więcej dziecku do szczęścia trzeba! Jeszcze jak się jest "oczkiem w głowie" całej rodzinki... Która pozwala na wszystko... albo nawet więcej*
Z tamtego najodleglejszego czasu pamiętam wielką choinkę z bombkami, łańcuchami, anielskim włosiem, cukierkami, jabłuszkami i orzechami... I z czymś jeszcze: ze świeczuszkami umieszczonymi w malutkich koszyczkach przypinanych do gałązek. I te właśnie kolorowe koszyczki na klips jak klamerka z kolorowymi malutkimi świeczkami najbardziej mnie intrygowały... Dawały cudne migające światełko, odbijające się w bombkach i dla mnie były najpiękniejszym elementem na choince.
Do dziś, kiedy widzę taki stary uchwyt na świeczkę choinkową, ogarnia mnie wzruszenie i zawsze myślę o choince u Dziadków.
Tam też (i tyko tam) śpiewało się kolędy.
Prezenty także były. Ale ich nie pamiętam. Wszak to parę ładnych lat minęło.
I tu wskazówka dla dzisiejszych rodziców i dziadków:
Wasze dzieci i wnuki, po latach, będą pamiętać atmosferę , jaka stworzyliście, a nie prezenty za którymi się uganialiście...
Ale, żeby nie było: prezenty też pamiętam. Dwa. Jeden to był olbrzymi blok rysunkowy i kredki.
A drugi: piękne, drewniane, bardzo kolorowe klocki.
To były prezenty znalezione pod choinką już w moim rodzinnym domu. Prezenty od Rodziców...
Pamiętam moją radość. I tego roku, kiedy znalazła pod choinką blok i kredki. I tego, kiedy znalazłam klocki. Nikt na świecie nie miał tak kolorowych klocków.
Po latach się dowiedziałam, że te klocki, to były stare nasze klocki pracowicie wyremontowane przez moich Rodziców, bo jak mi powiedzieli - mieli wtedy tak mało pieniędzy, że nie stać ich było na żadne prezenty. Ale przecież prezenty pod choinką muszą być!
*****************************************
*****************************************
Tu była przerwa na wzruszenie i otarcie łezki z oka (wcale nie kpię!)
A potem przyszły inne wspomnienia:
Sprzątanie, sprzątanie, sprzątanie... Mycie wszelkich kryształów i innej zastawy panoszącej się dumnie w różnych kredensach, używanej "od wielkiego dzwonu".
Pastowanie podłóg (kto pamięta pastę, szmatkę i pozdzierane kolana?), mycie okien, trzepanie dywanów, pranie firan...
Gotowanie, gotowanie, gotowanie... Najpierw przytachać do domu te tony wiktuałów, potem je przerobić na tradycyjne potrawy... Moja Mamusia zawsze uważała, że jedzenie jest najważniejszą czynnością w życiu** więc musiało go być dużo i dobre. Przez cały rok. A na Święta: więcej i lepsze.
I kiedy przychodziła wieczerza wigilijna to byłam tak zmęczona, że padałam z nóg i nie miałam ochoty na żadne jedzenie. I już nie lubiłam Świąt. Chciało mi się płakać ze zmęczenia. I dlatego, że musiałam zjeść z każdej potrawy chociaż trochę... A ja jeść nigdy nie lubiłam. A szczególnie nienawidziłam karpia i zupy grzybowej (ulubione dania mojej Mamusi).
Może, jakby mi pozwoliła jeść śledzie z ziemniakami i śmietaną to bym te Święta troszkę bardziej lubiła...
To było moje świąteczne dzieciństwo i młodość.
A potem przyszło dorosłe życie i dorosłe Święta. Pierwsze ważne, to Święta tego roku kiedy wyszłam za mąż. Wigilia u Teściów i ślub kościelny w Święta.
Oczywiście, nie minęły mnie wszelkie "przyjemności " z wcześniejszych lat. Do tego doszedł stres z powodu wizyty i Teściów, która do przyjemnych nie należała. Oraz stres związany z samą uroczystością ślubu kościelnego...
A potem były pierwsze
święta z naszą mała dwuletnią Córeczką, która dyrygowała swoim ojcem ubierającym choinkę ("jeście tu, jeście tu bombka". i na koniec "mozie być").
Święta, przed którymi nie było sprzątania ani gotowania...
Sprzątania nie było bośmy krótko przed świętami przeprowadzili się na "własne śmieci".
A gotowania nie było bo nie było ani pieniążków ani możliwości, żeby coś kupić. Mieliśmy kawałek karkówki, upieczony i przysłany nam w garnku przez moją Mamusię z drugiego końca Polski. I murzynka.
A potem były różne Święta... Wesołe i smutne. Bez prezentu jedynie dla mnie, bo ktoś nie pomyślał, że można... Z prezentem dla wnuczki w postaci umorzonego długu, który zaciągnęli jej rodzice.
W każdym razie żadne już
Święta nie były naznaczone ciężką pracą przy sprzątaniu i gotowaniu. Za to zawsze po
świętach był problem z rozbieraniem choinki. Stała i stała i stała... Wprawdzie nie była zbyt duża... ale nie mogła stać do Wielkanocy,,, A poza tym: kurz na niej osiadał. Aż któregoś roku Romek znalazł rozwiązanie: zapakował całą choinkę z ozdobami w worek foliowy i schował za tapczan. Na przyszły rok było jak znalazł!
Potem przyszły lata bezchoinkowe: nie było ich zbyt wiele. Zmienił nam się światopogląd i zmienił nam się sposób obchodzenia Świąt.
Ale szczęśliwie, choć światopogląd zmienił man się na stale, po jakimś czasie choinka znów zawitała w naszym domu. Dla drugiej naszej małej córeczki.
Pierwsza jej choinka była malutka, w doniczce, miała około 70 cm wysokości. I przyozdobiliśmy ją klockami i pudełkami po zapałkach owiniętymi w kolorowe papierki.***
I tak życie płynęło... Dzieci rosły, choinka raz była, raz nie... jedzenie było zawsze, choć nie w takich ilościach jak w moim domu rodzinnym. Zawsze też były prezenty. I nigdy użyteczne! I była pełna swoboda. Do tradycji należało, że każdy spędzał Święta jak lubił. Do tradycji także należało, że musi być sałatka. Z buraków. W ilości przynajmniej 5 kg. Do tradycji też należy, że Romek prawie każdą wigilię i któryś świąteczny dzień spędza w pracy. Taki pracowity jest, a co!
Potem przyszedł Rafał. I robił z Emilką pierogi (ja nie umiem). I uszka do barszczu.
I nauczył nas, że prezent musi być niespodzianką. Strasznie się męczyłam przez parę lat... Bo ja nie lubię niespodzianek (bo co będzie jak mi się nie spodoba... :( :( )...
Ale już się nie męczę. Polubiłam niespodzianki. Chociaż dzięki niespodziankowym prezentom Relusia w tamtym roku dostała dwa takie same pierścionki - ode mnie i od Rafała. Ale uznała to za zabawne. I stwierdziła, że świadczy to o naszych brakach w komunikacji... Co prawdą nie jest bo ja żadnych braków w komunikacji z nikim nie mam. A szczególnie z Rafałem!!!
Jak Emilka jeszcze była naszą małą córeczką, to w okolicach Świąt śpiewała nam zawsze kolędy. Często i dużo i takie, których nigdy nie słyszałam. Potem urosła, wyszła za mąż i wyjechała. I już nam nie śpiewa. Ale w tym roku śpiewała dzieciom swoim w charakterze kołysanek. A ja tam byłam i słyszałam. I było miło i świątecznie. Chociaż ani choinki, ani sałatki ziemniaczanej , ani takiej z buraków nie było. Jedynie prezenty były. Bo je tam zawiozłam.
I na koniec anegdota (z życia wzięte):
Romek ma zwyczaj w okolicach Świąt wszelakich składać wszystkim wokół życzenia: paniom w sklepie, sąsiadom, bez mała przechodniom na ulicy. Wszystkim życzy wesołych Świąt.
W minionym roku wychodzi w wigilię do pracy na nockę i mówi do mnie:"cześć".
Zapytałam rozżalona dlaczego wszystkim składa życzenia a dla mnie ma tylko "cześć". A On mi na to: "bo ja ci przez cały rok dobrze życzę."
I na najprawdziwszy koniec:
Wszystkim moim bliskim i dalekim, życzliwym i nieżyczliwym, kochanym i kochającym -
Życzę Wam wszystkiego dobrego. Radosnych Świąt. Nieważne czy z choinką, nieważne czy z prezentami, nieważne z jaką sałatką.
Byleby były to Święta z Panem Jezusem!
----------------------------------------------------------------------------------------------
* serio: któregoś razu nie myłam twarzy przez 2 tygodnie. Dlaczego? Bo nie chciałam.
** dziś tak uważa moja wnuczka Lusia
*** jako, że wraz ze zmianą światopoglądu pozbyliśmy się choinki i ozdóbek. Nie, nie zostaliśmy Świadkami Jehowy :)
piątek, 19 grudnia 2014
O relacjach...
Od pewnego czasu chodzą mi po głowie różne przemyślenia na temat relacji międzyludzkich...
Bo tak: grzmimy i trąbimy jak te relacje zanikają z powodu... z różnych powodów.
Najczęstszym powodem jest nieszczęsny internet. A tam szczególnie facebook.
Bo ludzie zamiast się spotykać, to siedzą przed komputerem i co najwyżej zmieniają statusy na fb. Albo umieszczają wciąż nowe i nowe zdjęcia.
I jeszcze komórka.
Bo kiedyś (KIEDYŚ) to się wychodziło z domu i szło do kogoś na kawę i nie trzeba się było umawiać specjalnie. A dzieci to szły na dwór i do koleżanki/kolegi i nie było problemu.
I to prawda jest. Tak było. A teraz nie jest.Jest inaczej.
Ale my to "inaczej" sami sobie robimy. Więc DLACZEGO narzekamy?
Czy ktoś nam karze siedzieć na fb?
Czy ktoś nas zmusza do umawiania się przez komórkę?
Takie czasy nastały. I tamte nie wrócą.
Nie wróci "wpadanie " na kawę bez umówienia się wcześniejszego.
I nigdy już nie dowiemy się co słychać u znajomych, z którymi na co dzień nie możemy się spotkać.
Zycie galopuje i trzeba się z tym pogodzić.
I ja się godzę. Ba, nawet uważam, że dobre to jest.
Martwi mnie coś innego.
Martwi mnie mianowicie, że mając te komórki i kontakt na fb, nie mamy potrzeby ani ochoty na relacje.
Nie chce nam się umawiać na tę przysłowiowa kawę.
Nie chcemy ze sobą pobyć. Wystarczy, że zajrzymy na fb...
Komórki również nie używamy żeby pogadać. Co najwyżej w celu załatwienia jakiejś sprawy. I nieczęsto tą sprawą bywa ustalenie kiedy się spotkamy.
Za to często propozycja spotkania wywołuje falę tłumaczeń dlaczego nie.
I jak tu pielęgnować te relacje?
I teraz kilka wniosków: I postanowień świąteczno-noworocznych ( :))
1. Zweryfikować status, tych, co są przyjaciółmi, co chcą nimi być i co nie mają pojęcia, co to przyjaźń.
2.Dalej używać komórki do rozmów a nie załatwiania spraw.
3.Pielęgnować relacje z przyjaciółmi.
4. Nie narzucać się.
5. Nie być tak nadmiernie wyrozumiałym.
Hmm... w zasadzie to stosuję. Niektóre postanowienia trzeba jedynie bardziej zintensyfikować.
Ze wskazaniem na punkt 1 i 5 !!!
Bo tak: grzmimy i trąbimy jak te relacje zanikają z powodu... z różnych powodów.
Najczęstszym powodem jest nieszczęsny internet. A tam szczególnie facebook.
Bo ludzie zamiast się spotykać, to siedzą przed komputerem i co najwyżej zmieniają statusy na fb. Albo umieszczają wciąż nowe i nowe zdjęcia.
I jeszcze komórka.
Bo kiedyś (KIEDYŚ) to się wychodziło z domu i szło do kogoś na kawę i nie trzeba się było umawiać specjalnie. A dzieci to szły na dwór i do koleżanki/kolegi i nie było problemu.
I to prawda jest. Tak było. A teraz nie jest.Jest inaczej.
Ale my to "inaczej" sami sobie robimy. Więc DLACZEGO narzekamy?
Czy ktoś nam karze siedzieć na fb?
Czy ktoś nas zmusza do umawiania się przez komórkę?
Takie czasy nastały. I tamte nie wrócą.
Nie wróci "wpadanie " na kawę bez umówienia się wcześniejszego.
I nigdy już nie dowiemy się co słychać u znajomych, z którymi na co dzień nie możemy się spotkać.
Zycie galopuje i trzeba się z tym pogodzić.
I ja się godzę. Ba, nawet uważam, że dobre to jest.
Martwi mnie coś innego.
Martwi mnie mianowicie, że mając te komórki i kontakt na fb, nie mamy potrzeby ani ochoty na relacje.
Nie chce nam się umawiać na tę przysłowiowa kawę.
Nie chcemy ze sobą pobyć. Wystarczy, że zajrzymy na fb...
Komórki również nie używamy żeby pogadać. Co najwyżej w celu załatwienia jakiejś sprawy. I nieczęsto tą sprawą bywa ustalenie kiedy się spotkamy.
Za to często propozycja spotkania wywołuje falę tłumaczeń dlaczego nie.
I jak tu pielęgnować te relacje?
I teraz kilka wniosków: I postanowień świąteczno-noworocznych ( :))
1. Zweryfikować status, tych, co są przyjaciółmi, co chcą nimi być i co nie mają pojęcia, co to przyjaźń.
2.Dalej używać komórki do rozmów a nie załatwiania spraw.
3.Pielęgnować relacje z przyjaciółmi.
4. Nie narzucać się.
5. Nie być tak nadmiernie wyrozumiałym.
Hmm... w zasadzie to stosuję. Niektóre postanowienia trzeba jedynie bardziej zintensyfikować.
Ze wskazaniem na punkt 1 i 5 !!!
piątek, 28 listopada 2014
Takie tam...
Jako, że już lada chwila Święta Bożego Narodzenia, musi się zadość stać tradycjom różnym. Jakie one są (te tradycje) każdy wie i nie o nich będę tu pisać. A właściwie - będzie o tradycjach. a raczej o tym co się w okolicach Świątecznych tradycji wydarzyło.
Taką naszą osobistą i całkiem prywatną tradycją (naszą, czytaj Romka i moją) jest, że w okolicy Bożego Narodzenia ja lecę do Dzieci i Wnuków jako babcia-mikołaj:
Taką naszą osobistą i całkiem prywatną tradycją (naszą, czytaj Romka i moją) jest, że w okolicy Bożego Narodzenia ja lecę do Dzieci i Wnuków jako babcia-mikołaj:
gdy tymczasem Romek, wykorzystując nader sprzyjające okoliczności, z radością i pieśnią na ustach wykonuje niewielki remoncik:
I tym razem nie będzie inaczej:
Spakowałam.
Się.
I paczkę z tym wszystkim, co mi się do bagażu nie zmieściło (bagatelka: 29 kg).
I należało udać się do sklepu w celu zakupienia farby. Jako, że tym razem ściany w kuchni dostana prezent.
Prezent w postaci nowego kolorku. Pod tytułem "zieleń sawanny".
I w owym sklepie spotkałam ... piłeczki, mięciutkie i bardzo kolorowe:
I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby się nie okazało, że te piłeczki to Moi Ukochani!!!
I tak:
Relusia, kiedy bardzo się staram zrobić Jej ŁADNE zdjęcie:
Niko -śmieszek:
Wojtuś-psotnik:
I ciekawska Lusia:
A teraz siedzą sobie cichutko i czekają na lot do Londynu:
Subskrybuj:
Posty (Atom)

.jpg)








.jpg)


.jpg)
.jpg)









