Mówi się o szewskim poniedziałku... A nie słyszałam o szewskim piątku...
Błąd, bo mnie dziś taki dopadł.
Wstałam w miarę wcześnie i spojrzałam za okno... a tam mokro i zimno (z tym, że mokro widziałam, zimno sobie wyobraziłam bo nie było słoneczka).
Ponieważ trzeba rankiem jakieś zakupy poczynić, ubrałam się odpowiednio i wyszłam do sklepu z "robaczkiem". A w owym sklepie okazały się być książeczki dla Wojtusia. Po przystępnej cenie. Zapakowałam do koszyczka. A przy kasie zobaczyłam, że mam w portfelu... 50 groszy. Drobnymi.
Co teraz: zostawić książeczki i wrócić do domu po kaskę czy szukać od kogo by tu na chwilę pożyczyć. Drug opcja bardziej mi do gustu przypadła (bo a nóż ktoś mi podbierze moje książki i co potem...).
Pieniążki pożyczyłam w znajomym sklepiku z odzieżą. Obiecałam oddać za 10 minut.
Wróciłam do domu.
Znalazłam ten portfel, w którym trzymam prawdziwe pieniądze.
Schowałam go do kieszeni kurtki.
Wyszłam z domu.
Na ulicy przypomniałam sobie, że było mi za ciepło.
Wróciłam do domku.
Zdjęłam kurtkę i założyłam żakiet.
Wyszłam z domu.
Zaczęło padać, więc wróciłam po parasol.
W domku zobaczyłam,że mam smsa od Grażynki.
Zadzwoniłam,porozmawiałam.
Wyszłam z domu.
Wróciłam po parasol bom go zapomniała.
Wyszłam z domu.
Wróciłam po portfel, który nie przeniósł się do kieszeni żakietu.
Wyszłam z domu.
Przestało padać.
Nie, nie wróciłam w celu pozostawienia parasola.
Bez żadnych przygód dotarłam do sklepu, oddałam pieniążki, opowiedziałam historyjkę o wychodzeniu z domu. Kupiłam torebkę na prezent dla wujka (to były te zakupy, po które wyszłam dzisiejszego ranka).
A potem w pięknym stylu, parasolem, którego nie zostawiłam w domu, chociaż nie padało, zrzuciłam z lady różne artykuły. Jak wspomniałam, to sklep w zasadzie odzieżowy. Na moje szczęście. Nic się nie podarło.
Na koniec już tylko wysypałam na posadzkę resztę w bardzo drobnych, którą dostałam po zakupie torebki.
A teraz, po powrocie do domu siedzę tu i piszę... i co drugie słowo mi komputer podkreśla na czerwono. Ciekawe dlaczego.
Poprawię błędy podkreślone. Za inne przepraszam.
Idę spać. Może jutro już nie będzie szewskiego poniedziałku...
Taki jest wpływ braku słońca na moją inteligencję.
piątek, 12 lipca 2013
poniedziałek, 8 lipca 2013
Wspomnieniowo...
Po półrocznym przebywaniu z moimi wnukami - wspomnienia są obowiązkowe.
Ostatnia niedziela przed powrotem do domu... Zostaliśmy sami z chłopakami i jedną dziewczyną (tą większą).
Podzieliliśmy się sprawiedliwie opieką nad dziećmi, tzn ja zajmowałam się Relą, a Romek Wojtusiem i Nikiem.
Ja szyłam, Rela siedziała na necie...
Dziadek pilnował chłopców w pokoju Wojtusia...
Nie wiem co robił Wojtek, Niko za pomocą młotka z zestawu narzędzi dla dzieci tłuk intensywnie aczkolwiek monotonnie w dach drewnianego domku.
I na tle tych dźwięków było słychać cichsze, aczkolwiek równie monotonne Romka: "Niko, nie stukaj bo mnie głowa boli".
Trwało to czas jakiś... za długi.
W pewnym momencie nie wytrzymałam, podeszłam do Mikołaja i po prostu zabrałam młotek...
Wychodząc z pokoju usłyszałam jak Niko mówi do dziadka:"ja mam tu jeszcze dużo narzędzi, którymi mogę hałasować."
Scena druga: Wojtuś na "ogródku" (W cudzysłowie, bo na całej połaci betonik. Taki betonowy ogródek) porusza się z prędkością rakiety typu ziemia-powietrze. No i oczywiście "zaliczył" ziemię czyli wyżej wymieniony betonik. Ponieważ raczej nie płacze z tak błahych powodów, tym razem również obyło się bez łez, ale musiał nas poinformować o wypadku. Biegnie więc i woła:"baba, ała, ała".
Trzeba zlokalizować a następnie: podmuchać, przytulić, pogłaskać, pocałować.
Pytam więc:"gdzie masz to ała?"
A On macha ręką w stronę ogródka: "tam".
Wyszło mi, że trzeba głaskać ogródek...
Scenka trzecia:
Romek przywiózł kusze. Dla swoich Córek. Relusia zobaczyła kuszę u Emilki i się zachwyciła. Miała jechać z dziadkiem do muzeum i gdzie tam jeszcze, ale wolała na ogródku strzelać z kuszy do celu. Deszczyk padał. Rela strzelała (dziadek, zamiast chodzić po muzeach zrobił cel do strzelania...).
a potem przyszła kotka Emilki i ustawiała się centralnie w celu, do którego strzelała Rela.
I Relusia musiała wrócić do domku i buszować po necie.
Tak to koty przeszkadzają młodzieży w zajęciach fizycznych.
I jak teraz Rela będzie miała garba i popsuty wzrok, to przez kotkę o wdzięcznym imieniu Zoja!
Ostatnia niedziela przed powrotem do domu... Zostaliśmy sami z chłopakami i jedną dziewczyną (tą większą).
Podzieliliśmy się sprawiedliwie opieką nad dziećmi, tzn ja zajmowałam się Relą, a Romek Wojtusiem i Nikiem.
Ja szyłam, Rela siedziała na necie...
Dziadek pilnował chłopców w pokoju Wojtusia...
Nie wiem co robił Wojtek, Niko za pomocą młotka z zestawu narzędzi dla dzieci tłuk intensywnie aczkolwiek monotonnie w dach drewnianego domku.
I na tle tych dźwięków było słychać cichsze, aczkolwiek równie monotonne Romka: "Niko, nie stukaj bo mnie głowa boli".
Trwało to czas jakiś... za długi.
W pewnym momencie nie wytrzymałam, podeszłam do Mikołaja i po prostu zabrałam młotek...
Wychodząc z pokoju usłyszałam jak Niko mówi do dziadka:"ja mam tu jeszcze dużo narzędzi, którymi mogę hałasować."
Scena druga: Wojtuś na "ogródku" (W cudzysłowie, bo na całej połaci betonik. Taki betonowy ogródek) porusza się z prędkością rakiety typu ziemia-powietrze. No i oczywiście "zaliczył" ziemię czyli wyżej wymieniony betonik. Ponieważ raczej nie płacze z tak błahych powodów, tym razem również obyło się bez łez, ale musiał nas poinformować o wypadku. Biegnie więc i woła:"baba, ała, ała".
Trzeba zlokalizować a następnie: podmuchać, przytulić, pogłaskać, pocałować.
Pytam więc:"gdzie masz to ała?"
A On macha ręką w stronę ogródka: "tam".
Wyszło mi, że trzeba głaskać ogródek...
Scenka trzecia:
Romek przywiózł kusze. Dla swoich Córek. Relusia zobaczyła kuszę u Emilki i się zachwyciła. Miała jechać z dziadkiem do muzeum i gdzie tam jeszcze, ale wolała na ogródku strzelać z kuszy do celu. Deszczyk padał. Rela strzelała (dziadek, zamiast chodzić po muzeach zrobił cel do strzelania...).
a potem przyszła kotka Emilki i ustawiała się centralnie w celu, do którego strzelała Rela.
I Relusia musiała wrócić do domku i buszować po necie.
Tak to koty przeszkadzają młodzieży w zajęciach fizycznych.
I jak teraz Rela będzie miała garba i popsuty wzrok, to przez kotkę o wdzięcznym imieniu Zoja!
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Piwonie
Piwonie kwitną!!! Przecudne!!! Kwiaty-wspomnienia. Mam do nich szczególny sentyment, bo to kwiaty, które rosły i kwitły w ogródku mego ukochanego Dziadka.
I teraz te piwonie sobie kwitną. A ja jestem w Anglii i patrzę jak one kwitną w każdym przydomowym ogródku. Zaniedbanym najczęściej. I kwitną między pojemnikami na śmieci.
I tak od jakiś trzech tygodni... A moje Córki układają przemyślne plany zdobycia wyżej wymienionych, w których to planach przeważa pomysł:ukraść. Poza tym jeszcze: kupić, ewentualnie poprosić sąsiada o podarowanie. Ale nikt w rodzinie nie umie kraść za bardzo. W sklepach braki w tym zakresie, a prosić może tylko Żuru lub Rafał, bo reszta słabo po angielsku gada. (No, jeszcze Romek by mógł poprosić, bo on spokojnie mówi "Kali zjeść krowa" To też by się dogadał, np: "dać piwonia dla mój żon" ale aż tak to ja nie chcę.) I w związku z tym nie mam piwonii...
Dzisiejszego poranka wchodzi w drzwi mój Zięć z wiązanką piwonii i mówi: nie ukradłem, sąsiedzi by mi tak pięknie nie zapakowali.
I teraz te piwonie sobie kwitną. A ja jestem w Anglii i patrzę jak one kwitną w każdym przydomowym ogródku. Zaniedbanym najczęściej. I kwitną między pojemnikami na śmieci.
I tak od jakiś trzech tygodni... A moje Córki układają przemyślne plany zdobycia wyżej wymienionych, w których to planach przeważa pomysł:ukraść. Poza tym jeszcze: kupić, ewentualnie poprosić sąsiada o podarowanie. Ale nikt w rodzinie nie umie kraść za bardzo. W sklepach braki w tym zakresie, a prosić może tylko Żuru lub Rafał, bo reszta słabo po angielsku gada. (No, jeszcze Romek by mógł poprosić, bo on spokojnie mówi "Kali zjeść krowa" To też by się dogadał, np: "dać piwonia dla mój żon" ale aż tak to ja nie chcę.) I w związku z tym nie mam piwonii...
Dzisiejszego poranka wchodzi w drzwi mój Zięć z wiązanką piwonii i mówi: nie ukradłem, sąsiedzi by mi tak pięknie nie zapakowali.
sobota, 22 czerwca 2013
O tym jak język dzieci wpływa na mowę dorosłych
Scenka pierwsza:
Jedziemy samochodem, dorośli i jeden pięciolatek.(W fazie ciągłego zadawania pytań).
Niko: mamusiu, czy węże ją żabę?
Paulinka: ją
Ja: jedzą
Paulinka (do mnie):co?
Ja: jedzą, nie ją
Niko(zniecierpliwiony):no, czy węże ją żabę?
Paulinka:no ją
Niko: co?
Paulinka: Żabę. Węże ją ją!
Scenka druga:
Jedziemy autobusem, dorośli i jeden dwulatek z bardzo ograniczoną umiejętnością mówienia, za to z nieograniczoną umiejętnością tłumaczenia dorosłym "o co idzie".
Wojtuś (obserwując przez okno dwóch mężczyzn i chłopca):o, ja, tata, dziadzia. (wygląd świadczył o wieku tychże.)
Emilka (do mnie): popatrz, skojarzył.
Ja (do Wojtusia): tak, tam idzie tatuś, dziadek i chłopczyk.
Po jakimś czasie:
Wojtuś (widząc małego chłopca): o, ja,ja.
Emilka: znowu TY idziesz?
Jedziemy samochodem, dorośli i jeden pięciolatek.(W fazie ciągłego zadawania pytań).
Niko: mamusiu, czy węże ją żabę?
Paulinka: ją
Ja: jedzą
Paulinka (do mnie):co?
Ja: jedzą, nie ją
Niko(zniecierpliwiony):no, czy węże ją żabę?
Paulinka:no ją
Niko: co?
Paulinka: Żabę. Węże ją ją!
Scenka druga:
Jedziemy autobusem, dorośli i jeden dwulatek z bardzo ograniczoną umiejętnością mówienia, za to z nieograniczoną umiejętnością tłumaczenia dorosłym "o co idzie".
Wojtuś (obserwując przez okno dwóch mężczyzn i chłopca):o, ja, tata, dziadzia. (wygląd świadczył o wieku tychże.)
Emilka (do mnie): popatrz, skojarzył.
Ja (do Wojtusia): tak, tam idzie tatuś, dziadek i chłopczyk.
Po jakimś czasie:
Wojtuś (widząc małego chłopca): o, ja,ja.
Emilka: znowu TY idziesz?
sobota, 1 czerwca 2013
Dobre wychowanie a przeziębienie
Dziś będzie o tym, że opłaca się być grzecznym.
Ale: od początku...
Jestem w zasadzie okazem zdrowia. To znaczy nie imają mnie się choroby większe niż katar i ból gardła. Pomijając alergię, która nie jest chorobą, jest urodą taką...
A jak już się coś przyplącze to zżeram w ciągu dnia całe opakowanie septolety i wieczorem jestem jak nowo narodzona. Septoleta to jedyne lekarstwo, które mój organizm akceptuje. Nic co w płynie nie przechodzi.
Ale do czasu... Mój czas się skończył po przyjeździe do moich dzieci. W ciągu pięciu miesięcy zachorowałam właśnie po raz trzeci...
I tu się zaczyna właściwa historia. Bo ja sobie z Polski przywiozłam zapas leków. Septoletę również. I żarłam uczciwie jak mnie gardło bolało. A ono nie przestawało. Widać w angielskim klimacie polskie lekarstwa nie działają.
W związku z tym obie moje Córki zachęcały, namawiały, przekonywały, prosiły, groziły żebym wypiła coś, co się nazywa lemsip (to taki ichni fervex).Nawet tekst:"Wypij, Rela to uwielbia. Nawet jak jest zdrowa, to pije" mnie nie przekonywał. Broniłam się rękami i nogami... I udawało mi się. Do czasu.
Bo wczoraj przyszłam od Emilki do Paulinki. Znowu chora. I kiedy siedziałam taka biedna, zasmarkana, nieszczęśliwa, przysypana toną zużytych chusteczek higienicznych... przyszła wnusia-Relusia i powiedziała cichutko :"babciu, ja ci zrobię takie lekarstwo, pomoże ci, dobre jest."
No i się zgodziłam. Bo jakże się nie zgodzić, jak Relusia proponuje.
Zrobiła, wypiłam. Okazało się przepyszne. Niebacznie powiedziałam to głośno. I nie będę tu pisać słów, które padły z ust moich grzecznych Córek. Zrobiła wieczorem następne, wypiłam. Dziś rano obudziłam się zdrowa!
I pomyśleć, że to wszystko z grzeczności.
Ale: od początku...
Jestem w zasadzie okazem zdrowia. To znaczy nie imają mnie się choroby większe niż katar i ból gardła. Pomijając alergię, która nie jest chorobą, jest urodą taką...
A jak już się coś przyplącze to zżeram w ciągu dnia całe opakowanie septolety i wieczorem jestem jak nowo narodzona. Septoleta to jedyne lekarstwo, które mój organizm akceptuje. Nic co w płynie nie przechodzi.
Ale do czasu... Mój czas się skończył po przyjeździe do moich dzieci. W ciągu pięciu miesięcy zachorowałam właśnie po raz trzeci...
I tu się zaczyna właściwa historia. Bo ja sobie z Polski przywiozłam zapas leków. Septoletę również. I żarłam uczciwie jak mnie gardło bolało. A ono nie przestawało. Widać w angielskim klimacie polskie lekarstwa nie działają.
W związku z tym obie moje Córki zachęcały, namawiały, przekonywały, prosiły, groziły żebym wypiła coś, co się nazywa lemsip (to taki ichni fervex).Nawet tekst:"Wypij, Rela to uwielbia. Nawet jak jest zdrowa, to pije" mnie nie przekonywał. Broniłam się rękami i nogami... I udawało mi się. Do czasu.
Bo wczoraj przyszłam od Emilki do Paulinki. Znowu chora. I kiedy siedziałam taka biedna, zasmarkana, nieszczęśliwa, przysypana toną zużytych chusteczek higienicznych... przyszła wnusia-Relusia i powiedziała cichutko :"babciu, ja ci zrobię takie lekarstwo, pomoże ci, dobre jest."
No i się zgodziłam. Bo jakże się nie zgodzić, jak Relusia proponuje.
Zrobiła, wypiłam. Okazało się przepyszne. Niebacznie powiedziałam to głośno. I nie będę tu pisać słów, które padły z ust moich grzecznych Córek. Zrobiła wieczorem następne, wypiłam. Dziś rano obudziłam się zdrowa!
I pomyśleć, że to wszystko z grzeczności.
poniedziałek, 27 maja 2013
Historia żelazka...
...Jak macgyweryzm męża przechodzi na żonę.
Moja młodsza Córka przez dłuższy czas nie posiadała żelazka. I wcale tego braku nie odczuwała. Nie to, żeby nic nie prasowała. Prasowała, ale niewiele. A to niewiele prasowała (jeśli już prasowała) żelazkiem swojej siostry. Siostra żelazko posiada od zawsze. Jako, że jej mąż do pracy chadza w garniturach. Razem mieszkali "w komunie" to do żelazka daleko nie było.
I tak to trwało do czasu aż się rozeszli i każda rodzinka zamieszkała osobno. Ale wtedy jeszcze Emilka nie odczuła potrzeby zaopatrzenia się w żelazko: jej mąż wszak do pracy w garniturze nie chodzi. A jej synek tym bardziej.
Ale nowego najczęściej jest więcej... więc, prócz nowego domku, miało się pojawić nowe dziecko. Dziecko-dziewczynka. A takie dziecko po a)potrzebuje prasowanych pieluch, a po b)te wszystkie falbanki i koronki...
I w ten sposób Emilka dojrzała do kupienia żelazka. Kupiła, a jakże. Poprasowałam co niebądź...(uwielbiam prasować)i na teflonowej powłoce wykwitł wykwit, który żadnymi znanymi mi sposobami nie dał się zlikwidować. A do tego miał wredny zwyczaj przenosić się na prasowane akurat rzeczy.
No, to kupiliśmy następne żelazko. Bez powłoki teflonowej. Cudo. I tu miałam pole do popisu...Prasowałam, prasowałam, prasowałam. Aż któregoś pięknego poranka żelazko powiedziało, że idzie na emeryturę i już nie wyprasuje ani jednej pieluszki, tudzież żadnej falbanki ni koronki.
Mój zięć wprawdzie próbował je reanimować ale ze skutkiem zerowym.
Emilka zarządziła nie prasowanie pieluch. Ale falbanki i koronki czekały...
No to kupiliśmy następne żelazko.Bliźniaka tego ostatniego.
Po tylu dniach nieprasowania...cóż za radość!
Przygotowałam front robót: deska do prasowania, butelka z wodą, duuuuuża kupka prania...Wyjęłam żelazko z kartonika, zdjęłam plastikowy element chroniący czubek żelazka, wyjęłam z woreczka, zdjęłam tekturkę zabezpieczającą wtyczkę, włożyłam wtyczkę do gniazdka... i poszedł dym!!!
No ładnie, następne żelazko popsute.
Nie, nie popsute!!!
Otóż na stopie żelazka była przyklejona folia zabezpieczająca przed porysowaniem.
Która To Folia Przygrzała Się Starannie Do Stopy Żelazka.
Na amen, na zawsze, na wieczność.
Żuru dzielnie rozmontował oba żelazka, uczynił z nich jedno, wszak w tym poprzednim popsuł się termostat. I wtedy okazało się, że to grzałka w stopie żelazka jest uszkodzona.
No to nie zostało nic innego jak kupić następne żelazko...
Ale ponieważ to niedziela, to z zakupem trzeba poczekać do poniedziałku.
I tu się zaczyna właściwa opowieść (Długi wstęp, nie!)
Rodzinka moja bladym niedzielnym świtem udała się do kościoła (wstają o 6.00, wychodzą około 7.00).
A ja udałam się do żelazka.
Za pomocą suszarki do włosów, wykałaczki, zmywaka do garów, paznokci i masła usunęłam całą folię !!!(to jest ten moment, w którym okazałam się MacGywerem)
I doszłam do wniosku, że żebym nie była taka głupia to byłabym genialna!!!
Teraz tylko czekam ażeby Mój zięć połączył te wszystkie kabelki, które żelazko ma we środku i niech się przypadkiem nie okaże, że nie grzeje!!!
Moja młodsza Córka przez dłuższy czas nie posiadała żelazka. I wcale tego braku nie odczuwała. Nie to, żeby nic nie prasowała. Prasowała, ale niewiele. A to niewiele prasowała (jeśli już prasowała) żelazkiem swojej siostry. Siostra żelazko posiada od zawsze. Jako, że jej mąż do pracy chadza w garniturach. Razem mieszkali "w komunie" to do żelazka daleko nie było.
I tak to trwało do czasu aż się rozeszli i każda rodzinka zamieszkała osobno. Ale wtedy jeszcze Emilka nie odczuła potrzeby zaopatrzenia się w żelazko: jej mąż wszak do pracy w garniturze nie chodzi. A jej synek tym bardziej.
Ale nowego najczęściej jest więcej... więc, prócz nowego domku, miało się pojawić nowe dziecko. Dziecko-dziewczynka. A takie dziecko po a)potrzebuje prasowanych pieluch, a po b)te wszystkie falbanki i koronki...
I w ten sposób Emilka dojrzała do kupienia żelazka. Kupiła, a jakże. Poprasowałam co niebądź...(uwielbiam prasować)i na teflonowej powłoce wykwitł wykwit, który żadnymi znanymi mi sposobami nie dał się zlikwidować. A do tego miał wredny zwyczaj przenosić się na prasowane akurat rzeczy.
No, to kupiliśmy następne żelazko. Bez powłoki teflonowej. Cudo. I tu miałam pole do popisu...Prasowałam, prasowałam, prasowałam. Aż któregoś pięknego poranka żelazko powiedziało, że idzie na emeryturę i już nie wyprasuje ani jednej pieluszki, tudzież żadnej falbanki ni koronki.
Mój zięć wprawdzie próbował je reanimować ale ze skutkiem zerowym.
Emilka zarządziła nie prasowanie pieluch. Ale falbanki i koronki czekały...
No to kupiliśmy następne żelazko.Bliźniaka tego ostatniego.
Po tylu dniach nieprasowania...cóż za radość!
Przygotowałam front robót: deska do prasowania, butelka z wodą, duuuuuża kupka prania...Wyjęłam żelazko z kartonika, zdjęłam plastikowy element chroniący czubek żelazka, wyjęłam z woreczka, zdjęłam tekturkę zabezpieczającą wtyczkę, włożyłam wtyczkę do gniazdka... i poszedł dym!!!
No ładnie, następne żelazko popsute.
Nie, nie popsute!!!
Otóż na stopie żelazka była przyklejona folia zabezpieczająca przed porysowaniem.
Która To Folia Przygrzała Się Starannie Do Stopy Żelazka.
Na amen, na zawsze, na wieczność.
Żuru dzielnie rozmontował oba żelazka, uczynił z nich jedno, wszak w tym poprzednim popsuł się termostat. I wtedy okazało się, że to grzałka w stopie żelazka jest uszkodzona.
No to nie zostało nic innego jak kupić następne żelazko...
Ale ponieważ to niedziela, to z zakupem trzeba poczekać do poniedziałku.
I tu się zaczyna właściwa opowieść (Długi wstęp, nie!)
Rodzinka moja bladym niedzielnym świtem udała się do kościoła (wstają o 6.00, wychodzą około 7.00).
A ja udałam się do żelazka.
Za pomocą suszarki do włosów, wykałaczki, zmywaka do garów, paznokci i masła usunęłam całą folię !!!(to jest ten moment, w którym okazałam się MacGywerem)
I doszłam do wniosku, że żebym nie była taka głupia to byłabym genialna!!!
Teraz tylko czekam ażeby Mój zięć połączył te wszystkie kabelki, które żelazko ma we środku i niech się przypadkiem nie okaże, że nie grzeje!!!
wtorek, 14 maja 2013
Menu dwulatka
Wojtuś je. Albo nie je. Jak każdy dwulatek. Kiedy je - babcia jest szczęśliwa, a kiedy nie je - babcia się martwi. Jak każda babcia.
Teraz akurat Wojtuś je. Ale menu ma specyficzne. Chlebek - tak. Ale Boże broń chlebek z szynką. Ziemniaczki - owszem. Pod warunkiem, że suche. Makaron uwielbia. Ale z...niczym. Nie dziwi mnie to jakoś bardzo. Jego ciocia jadła osobno chlebek i masełko. Z tym, że masełko... łyżeczką. A Jego mamusia z wędlinek najchętniej mleczko i żółty ser... Mięsa obie pod żadną postacią nie przyswajały.
A Wojtuś dziś w ramach obiadku pojadł sobie kociej karmy z kociej miseczki. I przyszedł mi opowiedzieć jaka była pyszna.
Moja Córka kupuje swoim kotkom najtańsze jedzenie. Muszę Jej powiedzieć, żeby poszukała czegoś "z wyższej półki". Jakiś whiskas albo inny kitekat...
Wszak nie może na Wojtusiu oszczędzać i karmić dziecka byle czym...
Teraz akurat Wojtuś je. Ale menu ma specyficzne. Chlebek - tak. Ale Boże broń chlebek z szynką. Ziemniaczki - owszem. Pod warunkiem, że suche. Makaron uwielbia. Ale z...niczym. Nie dziwi mnie to jakoś bardzo. Jego ciocia jadła osobno chlebek i masełko. Z tym, że masełko... łyżeczką. A Jego mamusia z wędlinek najchętniej mleczko i żółty ser... Mięsa obie pod żadną postacią nie przyswajały.
A Wojtuś dziś w ramach obiadku pojadł sobie kociej karmy z kociej miseczki. I przyszedł mi opowiedzieć jaka była pyszna.
Moja Córka kupuje swoim kotkom najtańsze jedzenie. Muszę Jej powiedzieć, żeby poszukała czegoś "z wyższej półki". Jakiś whiskas albo inny kitekat...
Wszak nie może na Wojtusiu oszczędzać i karmić dziecka byle czym...
Subskrybuj:
Posty (Atom)