wtorek, 21 kwietnia 2015

Lista zakupów

Proszę Romka żeby poszedł do sklepu.
Mówię, co ma kupić. A ponieważ sklerozę ma galopującą i nigdy nie wiadomo co zapamięta, natomiast zawsze wiadomo, że o czymś zapomni, proszę , żeby wziął kartkę i zapisał. Listę zakupów żeby zrobił.
Nie zrobi. Cztery rzeczy ma kupić, nie będzie się wygłupiał.
A z resztą, proszę, zapamiętał:
-ziemniaki i jogurt - do jedzenia
-chusteczki - żeby sobie usta wytrzeć
- wkład do ubikacji - żeby ładnie pachniało i niebieska woda była ... po jedzeniu.
Chyba jednak tę książkę o Nim napiszę...

niedziela, 19 kwietnia 2015

A ja lubię...

... być stara!
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Do zanotowania poniższych przemyśleń zainspirował mnie mój osobisty Pastor. Który to Pastor na dzisiejszym kazaniu zapytał:"czy są tu starsze kobiety?"
I po raz kolejny pomyślałam sobie o tym jak bardzo ludzie nie lubią być starzy. I nie lubią starości.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam 60 lat. Dokładnie za miesiąc.
Mam siwe włosy. Ale to akurat nie jest oznaka starości w moim przypadku, bo mam je już od jakiś 20 lat.
Mam zmarszczki. I jestem z nich dumna, bo sobie na nie zapracowałam.
Nie mam zbyt dużo siły. I zajęcia, które kiedyś wykonywałam w ciągu godziny teraz zajmują mi ... więcej czasu.
Bolą mnie stawy, mam reumatyzm. Miałam go zawsze. Ale kiedyś wchodził i wychodził . Potem wchodził i wędrował. A teraz wchodzi i zostaje. Ale Romek mówi, że jak masz więcej niż 40 lat i nic cię nie boli to znaczy, że nie żyjesz. Mnie boli. Ja żyję!
Ogólnie jestem jak nietoperz: niedowidzę, niedosłyszę i się czepiam. ( szczęśliwie tylko Romka, bo dzieci i wnuki daleko i ciężko się czepiać na odległość!)
Noszę tylko klapki. Bo w tym wieku kiedy się człowiek schyla, żeby zawiązać buty, to się zastanawia co trzeba jeszcze na dole zrobić.
Z fotela ciężko mi wstać. I tu zauważyłam, że wieczorem jestem starsza bo jakiś taki się ten fotel głębszy robi...
No, stara jestem.
Ale ja NAPRAWDĘ lubię być stara.
Bo nie muszę się nigdzie śpieszyć. Danuta Szaflarska powiedziała niedawno, że nie warto się śpieszyć. Bo na końcu zawsze trumna. No cóż... prawda. A zaraz potem życie wieczne u boku Pana Jezusa. I tu bym się troszkę pośpieszyła...
Bo mnie żadne terminy nie gonią.
Bo nie muszę się martwić co mi życie przyniesie ...
Bo wiem, co mi przyniosło:
Romka
Wspaniałe Córki i wspaniałych Zięciów.
I o ile z Córkami to było OCZYWISTE, o tyle z Zięciami to dwa wygrane losy na loterii życia.
No i to, co najważniejsze:
Najcudowniejsze na świecie wnuki.
Ja wiem, dla każdej babci jej wnuki są najcudowniejsze. Ale ja wiem co mam!!! :)
A do tego jeszcze sprawdzonych przyjaciół.
A do tego jeszcze Kościół!!!
A do tego jeszcze absolutny bonus - fajną teściową!
Czy ja to miałam jak byłam młoda???
Romka jedynie.
Cała reszta to była jedna wielka niewiadoma...
To moja osobista starość.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
A na koniec jeszcze jedna myśl:
Jeśli nie chcemy się zestarzeć, jeśli chcemy być "długo młodzi", jeśli chcemy się "młodzi czuć" i że kobietom się lat nie liczy, to DLACZEGO domagamy się szacunku dla starszych? dlaczego oburzamy się na młodzież, która nie ustępuje miejsca w tramwaju? Dlaczego wciąż słychać głosy, że starsi ludzie się w dzisiejszym społeczeństwie nie liczą?
Przecież nie ma starych, tak?!

Ja jestem stara. Ja lubię być stara. I życzę sobie tylko pogody ducha, sprawnego ciała i porządku "pod sufitem"aż pójdę do  Nieba.
Czego z resztą i Wam : tym, co chcą  i tym ,co nie chcą, tym, co są i tym co nie są starzy - życzę!

sobota, 4 kwietnia 2015

Jeść, jeść, jeść!!!


Zawsze lubiłam gotować. I często-gęsto gotowałam np. trzy obiady. Bo w naszej rodzinie gusta jedzeniowe się przeróżnie kształtowały i każdy lubił co innego. A ja, po traumie z dzieciństwa, kiedy to musiałam jeść wszystko i zjeść wszystko, swego męża i swoich dzieci i swoich wnucząt nie będę zmuszać do jedzenia tego, czego nie chcą.I konsekwentnie tego nie robię. Stąd te kilka obiadów w czasie, kiedy nasza rodzinka liczyła więcej niż dwie osoby.
A teraz zostaliśmy sami ...
I zdawałoby się problem (o ile można to nazwać problemem) się rozwiązał.
A ponieważ dla mnie dalej nie problem gotować "co kto lubi", a Romek lubi jeść zgoła co innego niż ja, to nadal gotuję dwa obiady.
Wstęp troszkę przydługi... Ale ważny. WAŻNY!!!
Bo Święta!
No, Święta. No i nie da się ukryć, że choć to ogromnie ważne - NAJWAŻNIEJSZE - Święta, to jeść się chce.
I o ile okna niekoniecznie muszą być umyte, to przygotowanie jedzenia jest nieuniknione.
I tego jedzenia trzeba odpowiednio więcej niż normalnie.
Bo normalnie, to w poniedziałek idę uzupełnić prowiant i gotowe.
Przed wszelkimi świętami jedzenie w sklepach znika ... szybko. A po wszelkich świętach handlowcy uważają, że tyle tego ludziom sprzedali... to nie muszą się, póki co przejmować.
I oni się nie przejmują.
 A ja muszę wstać w środku nocy i lecieć do sklepu, bo koło południa to sobie mogę w mięsnym gołe haki pooglądać. Jak za komuny!
Ale ja na wsi takiej trochę większej mieszkam, to się nie ma co dziwić. I już się przyzwyczaiłam i zakupy robię odpowiednio wcześniej i odpowiednio duże. Wszak nie mogę narazić Romka, że z głodu przy święcie zejdzie...
I tym razem wszystko się odbyło jak zwykle.
Od czwartku znosiliśmy różne wiktuały ażebym mogła przygotować te sałatki, te ciasta, to mięsiwo na cztery "świąteczne" dni. Cztery, bo dziś już niewiele mogłam kupić, a we wtorek jakieś śniadanie Romek do pracy potrzebowałby. I nie polecę do "Biedrony" (ani nigdzie indziej) coby kupić "coś na obiad"!
Zakupilim co trzeba i dziś od bladego świtu (no, dobra, od południa) zaczęłam pichcić.
A to kiełbaskę białą ugotowałam. A to sałatki różne, dla każdego co innego... A to serniczki i inne upiekłam.
Romek mi bardzo pomagał. Bo po raz pierwszy odkąd mieszkamy na Śląsku i odkąd On pracuje na kopalni, był dziś w pracy rano.
Dotąd zawsze w Wielką Sobotę podział obowiązków wyglądał tak, że On do pracy, ja do garów.
I tak nam zeszło to pichcenie do 21.00
I Mój Mąż postanowił zjeść kolację.
Siedzi i myśli ... I pyta (siebie, mnie...) co On chce na tą kolację.
Po długim i odpowiedzialnym namyśle, nie zważając na moje propozycje, wybrał.
Zje sobie jajka w majonezie. (Nie zmieściły się do sałatki)
Dziś na kolację sobie zje. Trzy. Albo cztery.
A resztę zje jutro na śniadanie.
"Same jajka będziesz jadł, jest tyle jedzenia" - mówię.
"To ty nie wiesz, że ja najbardziej lubię jajka w majonezie?!" - zapytał, niebotycznie zdziwiony.
Wiem. Teraz już wiem!
Było ugotować zgrzewkę jaj, postawić słoik majonezu i Święta jak trza!

poniedziałek, 30 marca 2015

Przygody nasenne: "Jadłeś - nie śpij!"

Strasznie jestem spracowana, strasznie!
I nie ma to nic wspólnego z tym, że za chwilę Święta. Które to Święta są w porządnych domach okupione ciężkim sprzątaniem, ciężkimi zakupami tudzież ciężkim gotowaniem.
Mój dom porządny w tych aspektach nie jest:
Sprzątam, kiedy jest brudno, zakupy robię niewielkie, z gotowaniem też nie przesadzam. Wszak jest nas dwoje! A Romek jeszcze pół świątecznego czasu w pracy spędza...
Spracowałam się dziś nad ranem... śniąc głupoty.
Najpierw (we śnie, szczęśliwie) poszłam do Emilki z książkami dla Wojtusia. Ciężkie były te książki a droga daleka. Jakieś 1500 km. Ale dotarłam...
Okazało się, że Emilki nie ma.
No to udałam się do Paulinki. To już tylko jakieś 500 m.
Zadzwoniłam.
Wyjrzała Moja Córka przez okno i poinformowała mnie, że Emilka... pojechała do Polski.
A Ona nie ma teraz czasu się mną zajmować, bo ogląda "Pierwszą miłość".
No, cóż... wróciłam do Polski.
A na miejscu dowiedziałam się od Romka, że Emilki nie ma bo poszła zmienić Lusi imię. Znudziło im się Łucja..
I od teraz nasza Lusia będzie się nazywać Tarzanka
 Tarzanka-Emilia.

Obudziłam się zbulwersowana.
Zawsze myślałam, że to zbyt długie spanie daje takie efekty.
Tym razem nie spałam zbyt długo.
Ale wiem co zjadłam zamiast kolacji...
Nie polecam chipsów.
Chyba, że lubicie głupie sny!

czwartek, 26 marca 2015

Zostali

Pojawiają się w naszym życiu ludzie ... i znikają... A potem znów się pojawiają... I zostają!
I o tym będzie dziś.
Tak naprawdę, to dawno już miało o tym być.
Ale... no, zawsze coś, zawsze!
Może to dlatego, że choć temat już długooooo przerabiam, to nie jest on wystarczająco doskonały i wciąż zwlekam z publikacją...
Ale dziś się zawzięłam i wreszcie będzie.
Zawzięłam się wczoraj, prawdę mówiąc. Ale stresów za dużo miałam.
Dziś znów będzie o przyjaźni.
A to ważny temat dla mnie i musi być wycyzelowany, że tak powiem...
Cofam się teraz pamięcią do bardzo dawnych czasów:
Pierwsza klasa szkoły podstawowej.
Nowe otoczenie, Pani - oczywiście najpiękniejsza na świecie, dzieciaki w dużych ilościach (to były czasy kiedy w jednej klasie było 40-45 sztuk owych dzieciaków!) i ja- zagubiona kompletnie.
Taki był początek. Trudny dla mnie bardzo, bom nieśmiałym mocno dzieckiem była.
Ale dni mijały... Jakieś tam pierwsze bliższe kontakty się tworzyły.
 Ktoś był ważny, ktoś mniej...
Kogoś się bardziej lubiło, kogoś mniej...
I tu na scenę wchodzi ... sweterek.
Sweterek był granatowy, udziergany przez moją Mamusię. Nowiutki, zrobiony na cześć tego, że właśnie poszłam do szkoły.
Sweterek zgubiłam... nie wiedziałam kiedy, nie wiedziałam jak... Ba, nie wiedziałam nawet, że go zgubiłam.
Tylko któregoś razu, w szatni po lekcji w-f  zobaczyłam mój sweterek U dziewczynki, która zawsze była w centrum uwagi i robiła wiele hałasu... i od początku mocno mi tym imponowała.
Jak wspomniałam - nieśmiała byłam.
Grażynka nie. Grażynka hałasowała, śmiała się ciągle i wszędzie Jej było pełno.
No i miała mój granatowy sweterek.
Oczywiście nic Jej nie powiedziałam. Powiedziałam za to mojej Mamusia...A moja Mamusia poszła do Mamusi Grażynki...
I okazało się, że sweterek zgubiłam pod kioskiem, w którym Mamusia Grażynki pracowała.
A że gabarytami byłyśmy podobne, a Grażynkowa Mamusia nie miała pojęcia czyj to sweterek to ubierała w niego swoją córeczkę.
W tych czasach chodziliśmy w fartuszkach do szkoły, trzeba było lekcji w-f żeby zobaczyć co pod owym fartuszkiem mamy!
I tak się niejako poczęła zażyłość między nami. Nie przyjaźń, broń Boże!!! Spędzałyśmy ze sobą czas w szkole, także poza nią, ale raczej w umiarkowanym zakresie. Nie nadawałyśmy w tym czasie na tych samych falach.
Ja ciumol byłam. A Grażynka miała piórnik (bodaj czy nie drewniany). Którym to piórnikiem mnie  ... lała. Nie wiem dlaczego. Może Ją owa moja ciumolowatość denerwowała...
Ja też miałam drewniany piórnik (wszyscy mieli!), ale mnie służył do czegoś zgoła innego.
I tak spędziłyśmy 8 lat w szkole podstawowej. W tej samej klasie.
Nasza zażyłość nabrała cech ostrożnej przyjaźni...  Nie, nie z powodu piórnika. Raczej z powodu innego podejścia do życia i innych priorytetów. Niemniej jednak łączyło nas na tyle dużo, że lubiłyśmy ze sobą przebywać!
Potem przyszła szkoła średnia. Dla każdej z nas inna.I nasze drogi się rozeszły.Również z powodu przeprowadzki mojej rodziny.
Spotkałyśmy się po latach, kiedy ja miałam już męża i malutką córeczkę a Ona narzeczonego. (obiekt westchnień WSZYSTKICH dziewczyn w podstawówce!).
Ale następna moja przeprowadzka, tym razem na drugi koniec Polski, spowodowała, że wszelkie stare znajomości i przyjaźnie zostały zerwane.
I dopiero po wielu latach, kiedy powstała "Nasza klasa" - odnalazłyśmy się:
Jakieś spotkanie w większym gronie zaowocowało bliższymi kontaktami z Grażynką i Jej mężem.
Któremu, oczywiście, nie omieszkałam wyznać mojej do Niego miłości w wieku nastu lat. Przyjął to ze zrozumieniem :)
I teraz spotykamy się co jakiś czas...Średnio raz na 2 miesiące...
Wspominamy, gadamy, gadamy, gadamy... Cudne jest to, że we czwórkę!


A kiedy jest mi smutno - dzwonię do Grażynki  bo wiem, że najpierw się roześmieje a potem zacznie gadać!
A tematów do rozmowy mamy wiele:
wspaniałe dzieci
przecudowne wnuki
książki
Bóg
i wiele innych...
I pomyśleć, że ten piórnik mógł być traumą nie do przejścia...

Mam nadzieję, że to ten rodzaj przyjaźni, która się nie kończy!

środa, 25 marca 2015

Dywagacje o cieście. Też.

Od pewnego czasu tłucze mi się gdzieś "z tyłu głowy" myśl, że coś mam napisać. I to coś bardzo ważne jest.
I zawsze, kiedy już wreszcie sobie przypomnę owo coś, to pora taka mniej odpowiednia jest.
Dziś mi się znów przypomniało.
I pora, oczywiście, nieodpowiednia jest.
Ale postanowiłam, że nie będę czekać na odpowiedniejszą. Bo znowu coś mi przeszkodzi...
A poza tym, czy kiedykolwiek będzie odpowiednia...
Otóż muszę
mając na głowie:
 -niewykończony obiad: artykuły niezbędne do wykończenia jeszcze są w sklepie,
 -niedokończone sprzątanie,
-obrus do wyprasowania, który charakteryzuje się tym, że jest zrobiony z blachy i wyprasowanie go trwa całe wieki,
-ciasto do upieczenia i to już jest sport ekstremalny bo wychodzą mi tylko niektóre i z całą pewnością nie te, na których mi zależy
 napisać malutką notkę.
Goście przychodzą o 19.00, jest 12.45.
A więc... (wiem, wiem...)
Herbatka gotowa, wena twórcza jest ...
I
  zaczęły
             się
                 schody!
Czarna dziura w pamięci... wiem CO nie wiem JAK!
A z czarnej dziury wyłazi wstrętne poczucie obowiązku i roztacza przede mną wizje spalonego ciasta i nierozprasowanych zagnieceń na blaszanym obrusie...
Ale herbatka stoi i czeka...
No, to wypiję herbatkę.
I wezmę się za to, co powinnam... Wszak gościom się szacunek należy. I nie ich to wina, że robię wszystko, żeby tego ciasta nie piec.
Bo to o ten "kawałek" chodzi.
Pamiętacie z dzieciństwa jak się wszystko robiło byleby tylko nie siąść do książki? Znam przypadki, że niektórzy nawet pokój sprzątali...
Ale moi goście, szczęśliwie, życzliwi mi są i nawet jak im zaserwuję ciasto mniej udane, to nie będą się wzdragać z obrzydzeniem.
Wiem. Bo na Sylwestra się zawzięłam i zrobiłam. Takie sobie było. A Oni chwalili.
Bo miłość zakrywa mnóstwo grzechów.
Ja ich kocham i upiekę ciasto.
A Oni kochają mnie i zjedzą ów wypiek.



czwartek, 19 marca 2015

Będzie miło

Wstałam dziś bardzo bladym świtem... Jakaś 5.30 była na zegarze.
Ponieważ gościa mam za niedługo, postanowiłam na ową intencję ciasto upiec.
Mam nadzieję, że doceni. Wszak bardzo nieczęsto mi się zdarza piec ciasto. A już żeby o takiej porze!!!
Ale wstałam, pełna energii i dobrych pomysłów.
Ciasto jest proste dość (przez to moje ulubione - zawsze się udaje!).
Ale przepis - w czeluściach internetu. Czyli na blogu Emilki.
Znalazłam, a jakże.
I dowiedziałam się z niego, oprócz przepisu na przepis :) , że książka, z której ów przepis pochodzi stoi sobie na półce ... w moim mieszkaniu!
No, doprawdy!
Jeszcze pewnie, jak Emilka wstanie i to przeczyta, to się dowiem, że Ona mi to już mówiła nie raz.
Pewnie mówiła.
I pewnie nie raz.
Ale ja umiem tylko "od pieca".
Znaczy mam zakodowane, że "u Emilki na blogu" i żadna inna informacja w kwestii tego konkretnego przepisu na ciasto w moich szarych komórkach nie zamieszkuje. Ba, nawet nie próbuję jej tam wprowadzać!
-------------------
A żeby było śmieszniej, to zamiast robić coś pożytecznego (coś, cokolwiek, wszak mam remont w kuchni i wszystko spowija cudna mgiełka z kurzu kurzowego i z kurzu powstałego po cięciu, piłowaniu i robieniu różnych wzorków w blacie kuchennym...) siedzę sobie i od 6.00 czytam stare zapiski z Emilkowego bloga!
Wciąga mnie to nieziemsko.
Mój gość dostanie ciasto i kawkę. A na zwały kurzu niechaj miłosiernie przymknie oko.

ps. łazienkę posprzątałam w nocy!