Odkąd pamiętam - zawsze lubiłam spać. I nadużywałam tego ile się dało.
Ni mniej ni więcej potrzebowałam 11 godzin nieprzerwanego snu żeby czuć się wypoczęta.
Potem się okazało, że moje ciśnienie to 85/60 i żeby żyć muszę spać.
Albo pić kawę.
Kawy jeszcze wtedy nie używałam. Zostawało spanie.
Jakoś sobie radziłam, Romek też z wiecznie śpiącą żoną...Paulinka, póki była mała, potrzebowała tylko jedzenia i żeby jej nikt nie przeszkadzał. W spaniu.
Do czasu aż sobie Emilkę urodziłam. Ona na odmianę nie jadła i nie spała. O 4.30 budziła się w towarzyskim nastroju, skora do zabawy.
Tak spędziłyśmy pierwsze 2 lataJjej życia. Cud, że nie umarłam z niewyspania.
Ale przeżyłam i potem już było tylko lepiej: rzeczone 11 godzin w nocy i drzemka poobiednia dawała ten komfort, który był mi niezbędny do normalnej egzystencji.
Potem zaczęłam się posiłkować kawą...
I życie płynęło.
Patrzyłam na moich Rodziców: wspólne mieli drzemki poobiednie. A poza tym - całkiem inaczej spali. Mamusia - dużo i w każdych warunkach. Tatuś - niewiele i byle odgłos go budził.
Jednocześnie On wstawał w środku nocy, o 5.00 nad ranem i czytał gazetę a Ona na Niego krzyczała, że szeleści i budzi porządnych ludzi. I kiedy On tłumaczył, że starzy ludzie nie potrzebują tyle snu, Ona mówiła, że to nie starzy tylko głupi ludzie. Bo Ona jest stara i potrzebuje!
Dodam tylko, że mieli wtedy około sześćdziesiątki!
Ja sobie to wypośrodkowałam i spałam dużo ale musiałam mieć cicho, ciemno i ciepło. I szeleścić też nie można było.
Biedna moja rodzina...
Ale po latach tłustych przychodzą lata chude.
Na mnie też przyszły.
Przez jakieś cztery lata spałam po 2-3 godziny dziennie. Bezsenność mnie wykańczała.
Ale jedna rzetelna modlitwa spowodowała, że wszystko się wyprostowało: spałam normalnie.
Już ani 11 godzin, ani 2.
Jakiś czas.
A teraz budzę się o jakiejś barbarzyńskiej porze... Wyspana. Wypoczęta. I mam bardzo długi dzień.
Ale dziś to już przeszłam samą siebie: po czterech godzinach nieprzerwanego ;) snu wstałam i zrobiłam sobie i Romkowi kawkę.
On też już wstał. A ponieważ miał jeszcze godzinę przed pracą - spędziliśmy miły poranek (hm... poranek ! o 3.00 w nocy?) na rozmowie przy kawce. :)
No, jak tak dalej pójdzie, to się Romek doczeka, że zacznę robić coś, czego nigdy w naszym 40-letnim związku nie zrobiłam: śniadanie do pracy!
Nawet Mu to dziś zaproponowałam.
Nie chciał.
Może nie wierzy, że potrafię...
poniedziałek, 14 grudnia 2015
niedziela, 13 grudnia 2015
Rubinowo
Potem - bardzo potem - Jego zainteresowanie i moje niedowierzanie ... (bo On był taaaaki piękny a ja "szara mysza"...)
Potem pierwszy wspólny Sylwester spędzony na stołku w kuchni bo w pokoju tłok i nie dało się pogadać...
Potem studniówka, która miała się być celem samym w sobie a stała się początkiem czegoś ... długiego...
Potem pierścionek zrobiony ze srebrnego kuchennego noża... I ta pewność, że chcemy spędzić razem życie.
Głównie w moim pokoju. Ale często w pokoju moich rodziców.
Romek w ogóle dużo czasu spędzał z nimi. Szczególnie z Mamusią.
Do dziś mi wypomina, że teściową sobie zdążył wychować ale zabrakło mu czasu na żonę.
Ale czy to moja wina ???
A potem już był ślub:
I zaczął się
nasz prywatny STAN WOJENNY: 13 grudnia 1975*
No, bo tak:
Ja - choleryk z całym dobrodziejstwem inwentarza, On 120-procentowy flegmatyk (z nadciśnieniem hihi)
Ja się kłócę i beczę o byle co. Romek powłóczy nogami w niemych protestach.
Ja mam głowę pełną wciąż nowych pomysłów. Romek żyje tu i teraz i nie interesuje Go nadmiernie jutro.
Ja wiecznie czymś się przejmuję. On wyznaje zasadę, że jakoś to będzie.
Czytamy inne książki, oglądamy inne programy w telewizji. Mamy zgoła inne poglądy na każdą sprawę w życiu.
Raz z górki, raz pod górkę. Rzadko kiedy po płaskim.
Ciągłe problemy finansowe - to pod górkę.
Ostatnie pieniążki wydane na książkę - to z górki.
Ale nigdy, NIGDY, konfliktów z powodu pieniędzy. I to jest ten płaski kawałek!
Ja lubię gotować. Romek lubi jeść. Na szczęście to, co mu ugotuję.
Ja lubię być wśród ludzi, Romek preferuje swój fotel.
Ja lubię jak się coś dzieje, On woli święty spokój.
Ja przez lata chodziłam za nim po domu i gasiłam światła aż się nauczyłam i sama zostawiam włączone. Teraz chodzę i zamykam za nim drzwi i szuflady. (Jedyne drzwi, które zamyka to te od ubikacji. ;) )
Ja pamiętam o wszystkim, Romek zapomina jeszcze zanim sobie cokolwiek przyswoi.
Ja gadam, On milczy.
Już dawno doszliśmy do wniosku, że najlepiej wychodzą nam dzieci, przestawianie mebli i pakowanie (walizek, kartonów, samochodów podróżnych i przeprowadzkowych).
W każdym aspekcie się różnimy. W każdym !!!
Ale jest coś, co nas łączy:
Świadomość, że mamy dwie wspaniałe Córki. Tyleż samo super-Zięciów.
I czworo cudownych, genialnych, pięknych wnucząt.!
-----------------------------------------------------------------------------------------
Acha! i jeszcze klucze do tych samych drzwi :) :) :)
* "ONI" się podpięli po sześciu latach 13 grudnia 1981.
**
poniedziałek, 7 grudnia 2015
Smutno...
Święta za chwilę!!!
Takie piękne, kolorowe... takie ... komercyjne. Tak ludzie mówią.
Ja lubię tę komercję.
Lubię choinki skrzące się wszystkimi kolorami...
Lubię miliony bombek karnie poukładanych w kartonach według kolorów i kształtów...
Lubię melodyjki "świąteczne" w galeriach handlowych i wielkich sklepach...
Lubię te tłumy w sklepach biegające z obłędem w oczach w poszukiwaniu prezentów...
Sama lubię biegać z obłędem w oczach i szukać prezentów. Koniecznie według wcześniej poczynionej listy.
I tego ostatniego się pozbawiłam.
Sprytnie i inteligentnie wymyśliłam, że zamiast kupić prezenty i wysłać paczkę - prościej zostawić pieniążki i scedować ten miły obowiązek na Moich Ukochanych i Dalekich.
No, zaćmiło mnie kompletnie!!!
Teraz mam depresję przedświąteczną...
Bo jak się robi tak:
zamiast tak:
to się człowiek podwójnie pozbawia radości.
Raz kiedy szuka, znajduje i kupuje prezenty.
A drugi kiedy mógłby zobaczyć i usłyszeć radość obdarowanych.
Smutno...
Takie piękne, kolorowe... takie ... komercyjne. Tak ludzie mówią.
Ja lubię tę komercję.
Lubię choinki skrzące się wszystkimi kolorami...
Lubię miliony bombek karnie poukładanych w kartonach według kolorów i kształtów...
Lubię melodyjki "świąteczne" w galeriach handlowych i wielkich sklepach...
Lubię te tłumy w sklepach biegające z obłędem w oczach w poszukiwaniu prezentów...
Sama lubię biegać z obłędem w oczach i szukać prezentów. Koniecznie według wcześniej poczynionej listy.
I tego ostatniego się pozbawiłam.
Sprytnie i inteligentnie wymyśliłam, że zamiast kupić prezenty i wysłać paczkę - prościej zostawić pieniążki i scedować ten miły obowiązek na Moich Ukochanych i Dalekich.
No, zaćmiło mnie kompletnie!!!
Teraz mam depresję przedświąteczną...
Bo jak się robi tak:
Raz kiedy szuka, znajduje i kupuje prezenty.
A drugi kiedy mógłby zobaczyć i usłyszeć radość obdarowanych.
Smutno...
czwartek, 3 grudnia 2015
Tytuły
Jest parę spraw w życiu, które mnie niepomiernie irytują.
I nie, żadną z nich nie jest Romek.
Ponieważ ostatnimi czasy miewam ciężkie, emocjonalne przeżycia, to zrozumiałym jest, że te wszystkie rzeczy, które mnie irytują na co dzień - teraz irytują mnie bardziej.
Ale jest coś, co budzi we mnie mordercze instynkty (normalnie głęboko uśpione) i potrzebę natychmiastowej agresywnej reakcji.
Kiedy ktoś mówi do mnie "babciu". Ktokolwiek.
Jestem babcią. I uwielbiam to!
Ale, na litość boską - dla moich WNUKÓW!!!
Nie dla mojego męża, nie dla moich córek, nie dla moich zięciów!
A już z całą pewnością nie dla moich znajomych!
Mój Mąż nigdy w życiu nie powiedział do mnie "mamo"!
Moje dzieci nigdy nie mówiły do mnie "babciu"!
Dlaczego ludziom się wydaje, że ich "babciu" sprawi mi przyjemność???????
Ratunku! Myślcie ludzie, co mówicie!
Myślcie, jak się zwracacie do innych.
Dlaczego pałacie świętym oburzeniem, kiedy słyszycie jak moi zięciowie mówią do mnie po imieniu?
Dlaczego nie pozwalacie zwracać się do siebie swoim małym dzieciom i wnukom na "ty"?
A jednocześnie bez problemów używacie formy "babcia" w stosunku do kobiet w pewnym wieku nie zastanawiając się jakie uczucia budzicie.
A zapewniam Was, że te uczucia nie są dobre.
Z pozdrowieniami od babci:
Reli
- jedynych, którzy mają prawo używać takiego mojego tytułu!!!
----------------------------------------------------
Asiu Moja Kochana! Ten wpis w żaden sposób nie dotyczy Ciebie. :)
I nie, żadną z nich nie jest Romek.
Ponieważ ostatnimi czasy miewam ciężkie, emocjonalne przeżycia, to zrozumiałym jest, że te wszystkie rzeczy, które mnie irytują na co dzień - teraz irytują mnie bardziej.
Ale jest coś, co budzi we mnie mordercze instynkty (normalnie głęboko uśpione) i potrzebę natychmiastowej agresywnej reakcji.
Kiedy ktoś mówi do mnie "babciu". Ktokolwiek.
Jestem babcią. I uwielbiam to!
Ale, na litość boską - dla moich WNUKÓW!!!
Nie dla mojego męża, nie dla moich córek, nie dla moich zięciów!
A już z całą pewnością nie dla moich znajomych!
Mój Mąż nigdy w życiu nie powiedział do mnie "mamo"!
Moje dzieci nigdy nie mówiły do mnie "babciu"!
Dlaczego ludziom się wydaje, że ich "babciu" sprawi mi przyjemność???????
Ratunku! Myślcie ludzie, co mówicie!
Myślcie, jak się zwracacie do innych.
Dlaczego pałacie świętym oburzeniem, kiedy słyszycie jak moi zięciowie mówią do mnie po imieniu?
Dlaczego nie pozwalacie zwracać się do siebie swoim małym dzieciom i wnukom na "ty"?
A jednocześnie bez problemów używacie formy "babcia" w stosunku do kobiet w pewnym wieku nie zastanawiając się jakie uczucia budzicie.
A zapewniam Was, że te uczucia nie są dobre.
Z pozdrowieniami od babci:
Reli
Nika
Wojtusia
Lusi
Eliasza
i Nikolki
----------------------------------------------------
Asiu Moja Kochana! Ten wpis w żaden sposób nie dotyczy Ciebie. :)
środa, 2 grudnia 2015
"Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki"
Ja też weszłam... Właściwie to rzuciłam się głową naprzód w ten sam co kiedyś nurt. I wiem, jestem pewna i wierzę gorąco, że nigdy tego nie pożałuję.
Bo moja rzeka ma nurt uregulowany... A, co ważniejsze, wciąż mogę ją regulować! I chcę.
Mogłam i przedtem.
Ale nie byłam...
No, właśnie: jaka?
Dość czujna?
Wystarczająco zdeterminowana?
Nie wiem. Jeszcze tego do końca nie przeanalizowałam.
Nie chciałam o tym myśleć. Nie chciałam się zastanawiać.
Teraz chcę. Nawet muszę, jeśli chcę mieć wpływ na to jak płynie moja rzeka.
Zastanawiam się.
I dochodzę do wniosków.
Pierwszy już mam:
Zbytnia uprzejmość jest zabójcza dla relacji na których nam zależy.
----------------------------------------------------------------------------------
P.S.
piątek, 13 listopada 2015
Usypianki
Każda mama i każda babcia wie, co to są kołysanki. I używa owej wiedzy w praktyce.
Mój repertuar pod tym względem różnił się od ogólnie pojętego. Wśród kołysanek, które śpiewałam kiedyś moim Córkom i teraz moim wnukom niewiele jest tych prawdziwych. To raczej piosenki, które sobie każde dziecko upodobało i mogło słuchać w nieskończoność. Odnajdywane gdzieś w "czeluściach pamięci" i przekazywane "z pokolenia w pokolenie". Odpowiedniejsze jest określenie usypianki.
I za każdym razem, kiedy odwiedzam Moich Ukochanych, repertuar się zmienia. Bo akurat co innego się dziecku spodobało.
Dotychczas problemów większych nie było bowiem dzieci były pojedyncze : Paulinka, Emilka, Rela, Niko...
A teraz jest ich dwoje, Wojtek i Lusia. I każde ma inne gusta.
Ale babcia sobie radzi, problemy rozwiązuje "na pniu". Zresztą Lusia jest samowystarczalna i jeśli na jej pytanie "umiesz?" odpowiadam "nie umiem", odśpiewuje sobie sama t,o co akurat pragnie usłyszeć. Wojtek się trochę burzy ale wie, że kobiety w tej rodzinie mają głos decydujący, w związku z tym cierpliwie przeczekuje solowe występy młodszej siostry. Czasem się dołącza.
A potem jest już mój czas. Repertuar ustalony wcześniej przez słuchaczy, odśpiewywany przez babcię x-razy.Najczęściej jest to jedna (JEDNA!) piosenka, którą śpiewam co wieczór.
Za poprzednim moim pobytem (ponad miesiąc) śpiewałam o wózeczku i piaseczku. Nawet lubiłam to kiedyś...
Tym razem wybrali uroczą pioseneczkę o "miłym Romciu"... Wybrali!?!? Lusia wybrała, Wojtek się ugiął po prostu. I co wieczór, na pytanie: "o czym wam zaśpiewać?" , słyszałam:"o miłym Romciu."
Bohatermem owego utworu są tytułowy Romcio i jego tępa żona.
Oto tekst oryginalny:
W garnku dziura miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu.
To zatkaj, to zatkaj.
Czym ja zatkam miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu?
To słomą, to słomą.
Słoma długa miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu.
To utnij, to utnij.
Czym ja utnę miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu?
Toporem, toporem.
Topór tępy miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu.
To naostrz, to naostrz.
Czym naostrzę miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu?
Kamieniem, kamieniem.
Kamień suchy miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu.
To polej, to polej.
Czym poleje miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu?
To wodą, to wodą.
W czym przyniosę miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu.
To w garnku, to w garnku.
W garnku dziura miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu...
Mój repertuar pod tym względem różnił się od ogólnie pojętego. Wśród kołysanek, które śpiewałam kiedyś moim Córkom i teraz moim wnukom niewiele jest tych prawdziwych. To raczej piosenki, które sobie każde dziecko upodobało i mogło słuchać w nieskończoność. Odnajdywane gdzieś w "czeluściach pamięci" i przekazywane "z pokolenia w pokolenie". Odpowiedniejsze jest określenie usypianki.
I za każdym razem, kiedy odwiedzam Moich Ukochanych, repertuar się zmienia. Bo akurat co innego się dziecku spodobało.
Dotychczas problemów większych nie było bowiem dzieci były pojedyncze : Paulinka, Emilka, Rela, Niko...
A teraz jest ich dwoje, Wojtek i Lusia. I każde ma inne gusta.
Ale babcia sobie radzi, problemy rozwiązuje "na pniu". Zresztą Lusia jest samowystarczalna i jeśli na jej pytanie "umiesz?" odpowiadam "nie umiem", odśpiewuje sobie sama t,o co akurat pragnie usłyszeć. Wojtek się trochę burzy ale wie, że kobiety w tej rodzinie mają głos decydujący, w związku z tym cierpliwie przeczekuje solowe występy młodszej siostry. Czasem się dołącza.
A potem jest już mój czas. Repertuar ustalony wcześniej przez słuchaczy, odśpiewywany przez babcię x-razy.Najczęściej jest to jedna (JEDNA!) piosenka, którą śpiewam co wieczór.
Za poprzednim moim pobytem (ponad miesiąc) śpiewałam o wózeczku i piaseczku. Nawet lubiłam to kiedyś...
Tym razem wybrali uroczą pioseneczkę o "miłym Romciu"... Wybrali!?!? Lusia wybrała, Wojtek się ugiął po prostu. I co wieczór, na pytanie: "o czym wam zaśpiewać?" , słyszałam:"o miłym Romciu."
Bohatermem owego utworu są tytułowy Romcio i jego tępa żona.
Oto tekst oryginalny:
W garnku dziura miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu.
To zatkaj, to zatkaj.
Czym ja zatkam miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu?
To słomą, to słomą.
Słoma długa miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu.
To utnij, to utnij.
Czym ja utnę miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu?
Toporem, toporem.
Topór tępy miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu.
To naostrz, to naostrz.
Czym naostrzę miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu?
Kamieniem, kamieniem.
Kamień suchy miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu.
To polej, to polej.
Czym poleje miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu?
To wodą, to wodą.
W czym przyniosę miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu.
To w garnku, to w garnku.
W garnku dziura miły Romciu, miły Romciu, miły Romciu...
... i tak w kółko.
Wojtek usypia przy drugiej turze. Mnie przy trzecim nawrocie nerwy odmawiają posłuszeństwa boć ta baba strasznie durna jest. A Romcio ... cierpliwy nad wyraz.
A więc śpiewam... śpiewam... śpiewam... śpiewam.... uczucia mną targają... ale wszak Lusia chce o Romciu, to śpiewam.
I słyszę nagle :"babciu, a ty nic nie umiesz tylko o Romciu?"
czwartek, 12 listopada 2015
Studium ohydności
Każda mała dziewczynka (i chłopiec), kiedy się uderzy, potrzebuje pocieszenia w postaci całuska jak plasterka na bolące miejsce...
Pamiętam jak się Wojtuś uderzył w ogródek, na przykład.
Biegł z płaczem i krzyczał: "babciu, babciu mam ała". Na moje pytanie gdzie się uderzył, dostałam odpowiedź, że w ogródku.
Od urodzenia odznaczał się szczególną logiką. Teraz już wiem, że trzeba pytać gdzie boli.
No, ale dziś będzie o naszej Królewnie Lusi.
Która to Królewna, jak się ukrzywdzi, to nie płacze w zasadzie (wszak nie jest facetem ;)), tylko nastawia łapkę do pocałowania. Czyli tak, jak wszystkie dzieci w Jej wieku.
Z tą jednakże różnicą, że inne dzieci, po takim akcie uzdrowienia biegną z powrotem do swoich spraw. Lusia zaś ogląda bolące miejsce starannie i z uwagą, następnie z taką samą starannością i uwagą przygląda się temu, kto Jej w problemie zaradził ... i z czarującym uśmiechem na buzi mówi: "ohydny jesteś".
Ponieważ pierwszy się na to "załapał" dziadek, myśleliśmy, że może Go jakoś niespecjalnie w tym momencie lubi. Ale nie, powtarzało się to za każdym razem, kiedy Ją ktoś całował. Mnie powiedziała: "też jesteś ohydna". Na pocieszenie miałam, że zastanawiała się wyjątkowo długo i wyjątkowo starannie swoją łapkę bolącą oglądała.
Któregoś razu w czasie szczególnie intymnej rozmowy wyznała nam, że dziadek, tatuś i wujek są "dużo ohydni" a babcia, mamusia i ciocia są "mało ohydne".
Pierwsze wnioski nasunęły się same: mężczyźni są ohydniejsi. No, cóż... wszak my, to ta ładniejsza część ludzkości.
Ale na podchwytliwe pytania Emilki (która wszak też jest ohydna w oczach swej Córki): "a Wojtuś jest ohydny?", odpowiedziała: "tak, ale mało", "A Niko jest ohydny?", "Niko nie".
I w tym momencie nasze wnioski dotyczące płci i jej związku z ohydnością wzięły w łeb.
Ale jesteśmy wszak bystre i inteligencję mamy wyćwiczona na trudnych dzieciach i wnukach, skorygowałyśmy więc myślenie...
I co się okazało:
Dziadek, tatuś i wujek są "dużo ohydni" bo mają zarost.
Babcia, mamusia i ciocia są "mało ohydne" bo zarostu nie posiadają. Ale całują. Tu się również Wojtek uplasował, który jest facetem, zarostu, póki co, nie ma ale ciągle Lusię tuli i całuje.
A Niko nie jest ohydny. Bo, jak to Emilka podsumowała "nie pcha się z dziobem".
Nie wiem, jak inni w tej rodzinie ale ja, póki co, brody sobie nie zapuszczam, ani wąsów. Nie przestanę również całować Lusi.
Chyba na zawsze zostanę w grupie mało ohydnych.
Towarzystwo mam tam niezłe.
Poczekamy, może Lusia wyrośnie.
A jeśli nie wyrośnie z poczucia ohydności, to może chociaż przez grzeczność i dobre wychowanie za jakiś czas przestanie nam uświadamiać jacy ohydni jesteśmy!
Pamiętam jak się Wojtuś uderzył w ogródek, na przykład.
Biegł z płaczem i krzyczał: "babciu, babciu mam ała". Na moje pytanie gdzie się uderzył, dostałam odpowiedź, że w ogródku.
Od urodzenia odznaczał się szczególną logiką. Teraz już wiem, że trzeba pytać gdzie boli.
No, ale dziś będzie o naszej Królewnie Lusi.
Która to Królewna, jak się ukrzywdzi, to nie płacze w zasadzie (wszak nie jest facetem ;)), tylko nastawia łapkę do pocałowania. Czyli tak, jak wszystkie dzieci w Jej wieku.
Z tą jednakże różnicą, że inne dzieci, po takim akcie uzdrowienia biegną z powrotem do swoich spraw. Lusia zaś ogląda bolące miejsce starannie i z uwagą, następnie z taką samą starannością i uwagą przygląda się temu, kto Jej w problemie zaradził ... i z czarującym uśmiechem na buzi mówi: "ohydny jesteś".
Któregoś razu w czasie szczególnie intymnej rozmowy wyznała nam, że dziadek, tatuś i wujek są "dużo ohydni" a babcia, mamusia i ciocia są "mało ohydne".
Pierwsze wnioski nasunęły się same: mężczyźni są ohydniejsi. No, cóż... wszak my, to ta ładniejsza część ludzkości.
Ale na podchwytliwe pytania Emilki (która wszak też jest ohydna w oczach swej Córki): "a Wojtuś jest ohydny?", odpowiedziała: "tak, ale mało", "A Niko jest ohydny?", "Niko nie".
I w tym momencie nasze wnioski dotyczące płci i jej związku z ohydnością wzięły w łeb.
Ale jesteśmy wszak bystre i inteligencję mamy wyćwiczona na trudnych dzieciach i wnukach, skorygowałyśmy więc myślenie...
I co się okazało:
Dziadek, tatuś i wujek są "dużo ohydni" bo mają zarost.
Babcia, mamusia i ciocia są "mało ohydne" bo zarostu nie posiadają. Ale całują. Tu się również Wojtek uplasował, który jest facetem, zarostu, póki co, nie ma ale ciągle Lusię tuli i całuje.
A Niko nie jest ohydny. Bo, jak to Emilka podsumowała "nie pcha się z dziobem".
Nie wiem, jak inni w tej rodzinie ale ja, póki co, brody sobie nie zapuszczam, ani wąsów. Nie przestanę również całować Lusi.
Chyba na zawsze zostanę w grupie mało ohydnych.
Towarzystwo mam tam niezłe.
Poczekamy, może Lusia wyrośnie.
A jeśli nie wyrośnie z poczucia ohydności, to może chociaż przez grzeczność i dobre wychowanie za jakiś czas przestanie nam uświadamiać jacy ohydni jesteśmy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)














