Bardzo pracowicie wczoraj dzień spędziliśmy, bardzo.
Na początek Romka USG, które wykazało, że jest nieprzyzwoicie zdrowy:
Wszystkie wątroby, trzustki, drogi żółciowe tudzież inne nerki niepowiększone, bez złogów, echojednorodne i bez stanów zapalnych...
No, zdrowy po prostu!!!
USG głowy Mu nie robili ;)
Druga ważna sprawa moja emerytura. A co za tym idzie - wizyta w ZUS.
Odbyłam ją. W kulturalnych warunkach i bez problemu.
ZUS urzęduje do 15.00. Trafiłam tam o 14.40. Pani, która mnie obsługiwała może nie była nadmiernie wylewna ale z pewnością profesjonalna i chętna do pomocy.
Wrażenia jak najbardziej pozytywne.
No i wreszcie - paszporty.
Jak paszporty to, przede wszystkim, zdjęcia do paszportów.
Ponieważ jedyny zakład fotograficzny, do którego mamy zaufanie znajduje się w Żorach - pojechaliśmy do Żor.
"Zdjęcia w 5 minut" głosił napis. Było nas dwoje - wyszło 10 minut.
Miła pani poleciła nam zdjąć kolczyki i okulary. Kolczyków nie mam. Okulary zdjęłam. I mam zdjęcie do listu gończego! Do paszportu też się nadało...
Romek odmówił zdjęcia okularów ("bo będę miał oczy zmrużone i nie będzie widać źrenic").
Wygląda dużo lepiej niż ja. Tylko jakiś taki niezadowolony wyszedł.
A potem, już w Biurze Paszportowym, okazało się ,że nie mam odcisków palców. Maszynka służąca do ich pobierania nic nie widziała!!! Co zostanie odnotowane w moim paszporcie
I tak sobie pomyślała wczoraj, że dam ogłoszenie do gazet, dział SZUKAM PRACY:
"Nie posiadam odcisków palców. Tylko poważne oferty!"
A co, może dorobię do emerytury... ;)
czwartek, 14 stycznia 2016
poniedziałek, 11 stycznia 2016
O spaniu i nie-spaniu ciąg dalszy
Temat-rzeka się okazał być...
Dziś będzie o spaniu Romka.
Kiedyś, w zamierzchłych czasach wspominałam, że Mój Mąż, będąc dzieciakiem, chadzał zimą spać o 16.00 ! Chadzał - to nie znaczy, że Mu się to zdarzało. Chadzał - to znaczy, że robił to regularnie!
Przez jakieś ostatnie 18 lat spał 4-5 godzin na dobę. O tym też wspominałam.
Zawsze był wypoczęty. I nigdy, nigdy! nie był śpiący. Doszłam do wniosku, że się, być może, wyspał "na zapas"
Ja pochodzę z rodziny, w której drzemka popołudniowa była oczywistością! Moi Dziadkowie ją stosowali, Moi Rodzice... Ja również.
Romek bohatersko spędzał popołudnia starając się nie usnąć, wynajdując sobie jakieś zajęcia albo po prostu "oglądał" telewizję. I na nic moje prośby, żeby się zdrzemnął.
Tak wytrzymywał do 20.00. A następne zasiadał w fotelu i usypiał zanim jakikolwiek film się zaczął.
Jak Mu szczególnie mocno zależało żeby coś obejrzeć , to siedział na taborecie. Albo spędzał tę godzinkę czy półtorej ... na stojąco!
W każdym razie po najdłuższych prośbach, namowach, czasem wręcz groźbach z mojej strony albo aktach przemocy (wyłączałam telewizor i nie wzruszało mnie to, co wtedy o mnie mówił) udawał się do snu. Ale nie tak po prostu... Wszak trzeba było się jeszcze umyć, przepakować roboczy plecaczek, przygotować ubranko "na jutro", opowiedzieć to wszystko, o czym się zapomniało opowiedzieć w ciągu dnia ... i takie-tam różne...
I już wreszcie można było zamknąć oczęta, przytulić się do podusi i spać... spać... spać...
Tyle tylko, że to była godzina 23.30 w porywach do 23.50. A On o 3,30 wstawał do pracy.
I tak by trwało nie wiem jeszcze jak długo, żeby Pan Bóg nie zaingerował ofiarując Romkowi nader wysokie ciśnienie i różne przygody z owym ciśnieniem związane.
Wystraszyliśmy się .Oboje. Z tym, że ja bardziej.
Wszak On duży jest, a ja słaba kobieta i jakby Mu ta żyłka w mózgu pękła to za nic bym takiego wielkiego warzywka nie udźwignęła.
Ale Pan Bóg jest naprawdę dobry i zaoszczędził nam tego.
Zrobiłam rewolucję w naszym życiu. Wyrzuciłam najbardziej ulubione Romkowe używki: margarynę, sól i kawę (fusianka + dolewka odkąd Go znam!) i wysyłałam spać o 9.00 !
Nie protestuje. A ciśnienie się normuje.
Noc z soboty na niedzielę Romek spędził w pracy. Wrócił rankiem. I około 7.00 już spał.
Wstał o 17.00: dziesięć godzin nieprzerwanego snu! I wieczorem poszedł spać normalnie: wszak rano trzeba wstać.
Wstał. Ja również.
Ale o ile On musiał, to ja nie!
3/4 mego wstawania "w środku nocy"* jest spowodowane Jego porannymi zabiegami, głównie kaszlem przez ostatni miesiąc. On oczywiście ma na to usprawiedliwienie: ciepłe kaloryfery. Tyle, że to jakaś ściema jest!
I o ile miło jest wstawać o 4.00 jak się człowiek wyspał, o tyle jest to nieprzyjemne, kiedy bywa do tego przymuszany.
Ja się czuję (dziś szczególnie) przymuszana do porannego wstawania.
A jak każdy normalny człowiek - przymusu nie znoszę!
------------------------------------------------------
* I pomyślec, że "środek nocy" to jescze nie tak dawno była 9.30...
Dziś będzie o spaniu Romka.
Kiedyś, w zamierzchłych czasach wspominałam, że Mój Mąż, będąc dzieciakiem, chadzał zimą spać o 16.00 ! Chadzał - to nie znaczy, że Mu się to zdarzało. Chadzał - to znaczy, że robił to regularnie!
Przez jakieś ostatnie 18 lat spał 4-5 godzin na dobę. O tym też wspominałam.
Zawsze był wypoczęty. I nigdy, nigdy! nie był śpiący. Doszłam do wniosku, że się, być może, wyspał "na zapas"
Ja pochodzę z rodziny, w której drzemka popołudniowa była oczywistością! Moi Dziadkowie ją stosowali, Moi Rodzice... Ja również.
Romek bohatersko spędzał popołudnia starając się nie usnąć, wynajdując sobie jakieś zajęcia albo po prostu "oglądał" telewizję. I na nic moje prośby, żeby się zdrzemnął.
Tak wytrzymywał do 20.00. A następne zasiadał w fotelu i usypiał zanim jakikolwiek film się zaczął.
Jak Mu szczególnie mocno zależało żeby coś obejrzeć , to siedział na taborecie. Albo spędzał tę godzinkę czy półtorej ... na stojąco!
W każdym razie po najdłuższych prośbach, namowach, czasem wręcz groźbach z mojej strony albo aktach przemocy (wyłączałam telewizor i nie wzruszało mnie to, co wtedy o mnie mówił) udawał się do snu. Ale nie tak po prostu... Wszak trzeba było się jeszcze umyć, przepakować roboczy plecaczek, przygotować ubranko "na jutro", opowiedzieć to wszystko, o czym się zapomniało opowiedzieć w ciągu dnia ... i takie-tam różne...
I już wreszcie można było zamknąć oczęta, przytulić się do podusi i spać... spać... spać...
Tyle tylko, że to była godzina 23.30 w porywach do 23.50. A On o 3,30 wstawał do pracy.
I tak by trwało nie wiem jeszcze jak długo, żeby Pan Bóg nie zaingerował ofiarując Romkowi nader wysokie ciśnienie i różne przygody z owym ciśnieniem związane.
Wystraszyliśmy się .Oboje. Z tym, że ja bardziej.
Wszak On duży jest, a ja słaba kobieta i jakby Mu ta żyłka w mózgu pękła to za nic bym takiego wielkiego warzywka nie udźwignęła.
Ale Pan Bóg jest naprawdę dobry i zaoszczędził nam tego.
Zrobiłam rewolucję w naszym życiu. Wyrzuciłam najbardziej ulubione Romkowe używki: margarynę, sól i kawę (fusianka + dolewka odkąd Go znam!) i wysyłałam spać o 9.00 !
Nie protestuje. A ciśnienie się normuje.
Noc z soboty na niedzielę Romek spędził w pracy. Wrócił rankiem. I około 7.00 już spał.
Wstał o 17.00: dziesięć godzin nieprzerwanego snu! I wieczorem poszedł spać normalnie: wszak rano trzeba wstać.
Wstał. Ja również.
Ale o ile On musiał, to ja nie!
3/4 mego wstawania "w środku nocy"* jest spowodowane Jego porannymi zabiegami, głównie kaszlem przez ostatni miesiąc. On oczywiście ma na to usprawiedliwienie: ciepłe kaloryfery. Tyle, że to jakaś ściema jest!
I o ile miło jest wstawać o 4.00 jak się człowiek wyspał, o tyle jest to nieprzyjemne, kiedy bywa do tego przymuszany.
Ja się czuję (dziś szczególnie) przymuszana do porannego wstawania.
A jak każdy normalny człowiek - przymusu nie znoszę!
------------------------------------------------------
* I pomyślec, że "środek nocy" to jescze nie tak dawno była 9.30...
czwartek, 7 stycznia 2016
;) ;) ;)
Kiedyś spałam po 11 godzin na dobę. Ciurkiem. Bo inaczej czułam się wciąż zmęczona. I jeszcze nieodzowna drzemka po południu.
Po wielu latach takiego spania odmieniło mi się zupełnie. Wpadłam w drugą skrajność...
Spałam około 2 godzin na dobę. Trwało to jakieś 2-3 lata. I dawało efekt skrajnego zmęczenia i wyczerpania.
I nadszedł czas normalności: 7-8 godzin, mniej-więcej. Wysypiałam się i byłam wypoczęta. A więc sytuacja optymalna.
A teraz poszłam o krok dalej: śpię nadal 7-8 godzin. Ale w 2 ratach: część w nocy, część w dzień...
Podział na owe części jest mniej-więcej taki, że około godziny 4.00 nad ranem Romek, wstając do pracy, pyta: ty już się wyspałaś, czy jeszcze nie poszłaś spać.
A ja - różnie: czasami już się wyspałam a czasami jeszcze nie poszłam spać.
Ale ponieważ nie odczuwam braku snu, jestem wypoczęta to, w zasadzie, nie ma problemu.
Ze snem.
Bo problem jest zgoła w czym innym...
Zajęć mi w nadrannym czasie brakuje...
Jako, że owe zajęcia musiałyby być ciche (wszak sąsiedzi śpią...) i nienudne.
Można oglądać telewizję (nudno...).
Można czytać. Ale jak się spędza, czytając, 2/3 doby, to się już troszkę nie może (ja mogę, moje oczy nie bardzo). Z tego samego powodu internet się w owych godzinach nie sprawdza.
Sprzątać ani prać nie mogę: za ciemno i jednak hałasu trochę.
Dziś na przykład już o 3.30 miałam obiad ugotowany.
Ale obiad nie z trzech dań z deserem i nie dla pułku wojska a raptem dla dwóch osób nie zajął mi dużo czasu...
Na nic więcej nie mam pomysłów...
Macie jakieś?
Ja, póki co, udam się na drzemkę ... pośniadanną tym razem.
Po wielu latach takiego spania odmieniło mi się zupełnie. Wpadłam w drugą skrajność...
Spałam około 2 godzin na dobę. Trwało to jakieś 2-3 lata. I dawało efekt skrajnego zmęczenia i wyczerpania.
I nadszedł czas normalności: 7-8 godzin, mniej-więcej. Wysypiałam się i byłam wypoczęta. A więc sytuacja optymalna.
A teraz poszłam o krok dalej: śpię nadal 7-8 godzin. Ale w 2 ratach: część w nocy, część w dzień...
Podział na owe części jest mniej-więcej taki, że około godziny 4.00 nad ranem Romek, wstając do pracy, pyta: ty już się wyspałaś, czy jeszcze nie poszłaś spać.
A ja - różnie: czasami już się wyspałam a czasami jeszcze nie poszłam spać.
Ale ponieważ nie odczuwam braku snu, jestem wypoczęta to, w zasadzie, nie ma problemu.
Ze snem.
Bo problem jest zgoła w czym innym...
Zajęć mi w nadrannym czasie brakuje...
Jako, że owe zajęcia musiałyby być ciche (wszak sąsiedzi śpią...) i nienudne.
Można oglądać telewizję (nudno...).
Można czytać. Ale jak się spędza, czytając, 2/3 doby, to się już troszkę nie może (ja mogę, moje oczy nie bardzo). Z tego samego powodu internet się w owych godzinach nie sprawdza.
Sprzątać ani prać nie mogę: za ciemno i jednak hałasu trochę.
Dziś na przykład już o 3.30 miałam obiad ugotowany.
Na nic więcej nie mam pomysłów...
Macie jakieś?
Ja, póki co, udam się na drzemkę ... pośniadanną tym razem.
niedziela, 3 stycznia 2016
Rebusik
UWAGA ! Za prawidłowe rozwiązanie - nagroda!
Jest A, B, C, C, C, C, ........... C.
I umówmy się, że to ludzie, a nie punkty.
A ma problem z B.
Nie jest w stanie go rozwiązać.
Próbowało w "cztery oczy" wielokrotnie i ... kicha!
Potrzebuje C. Albo C, C,C, C.........C. (jednej osoby lub grupy.)
I teraz:
Jeśli A, w obecności B, próbuje otrzymać pomoc/radę/pociechę/rozwiązanie swojego problemu od C lub C, C, C, C........C to :
albo
- zostaje zignorowane
albo
- problem jest postrzegany jako świetny dowcip
albo
- usłyszy zapewnienia, że się myli i B jest w porządku.
Jeśli A spróbuje poszukać pomocy i ewentualnego rozwiązania u C lub C, C, C, C.....C bez obecności B, to:
albo
- zostaje zignorowane
albo
- zostaje poklepane po ramieniu i usłyszy zapewnienie, że inni mają gorzej
albo
- sprawa otrzyma status plotki (bo nie ma przy tej rozmowie B).
Ktoś jest w stanie to "ugryźć"?
Pytam poważnie.
I oczekuję, że się nad tym pochylicie i spróbujecie mi pomóc.
Z góry dziękuję !
piątek, 1 stycznia 2016
Na przekór
I co, Nowy Roku?
Co nam przyniesiesz?
Co mnie przyniesiesz?
Co z ciebie wyrośnie?
Patrzą sobie ludzie na Ciebie - maleńkiego- i budzisz same dobre uczucia...
Zawsze tak jest. Z dziećmi.
Potem - różnie bywa.
Z tobą - Nowy Roku - też tak jest.
Potem - też różnie bywa...
Tylko generalnie szybciej się to "różnie bywa", w Twoim przypadku, okazuje.
A ja patrzę dziś na Ciebie. I nie jesteś piękny. I dobrych uczuć we mnie nie budzisz.
I nie spodziewam się po tobie radości i sukcesów.
Bo, chociaż będą - i radości i sukcesy - to wiem już jakim kosztem.
Takim jak co roku, Nowy Roku!
A mnie coraz bardziej pod górkę.
I coraz więcej schodów.
I coraz mniej siły.
I optymizmu.
I nadziei.
A Ty zniżki nie dajesz.
I zastanawiam się czy koszty nie za duże...
I dochodzę do wniosku, że za duże.
No, więc nie patrzę na Ciebie z radością i nadzieją!
Cieszyć się będę ewentualnie za 365 dni.
Albo nie.
I też się nie zdziwię.
czwartek, 31 grudnia 2015
Rozliczenie
Taki PIT.
Z tym, że w moim prywatnym Urzędzie Skarbowym. (Od skarbów, które posiadam.)
Rozliczenie dwuczęściowe to będzie.
Część pierwsza: realizacja marzeń (marzenia owe zawarłam tu: http://m-mummy.blogspot.com/2015/01/postanowienia-noworoczne.html
I tak:
-Porwałam Relę tylko na kilka godzin. Ale to był dobry czas. Mam nadzieję, że dla Niej również
-Zdecydowanie więcej czasu poświęcam przyjaciołom
-Częściej mówię ludziom miłe rzeczy (tym nie-najbliższym szczególnie!). Okazało się to być nie takie znów trudne, jak myślałam...
-Albania zaliczona: dla mnie najpiękniejsze miejsce na kuli ziemskiej. Reszta czeka w kolejce
-W lustro patrzę bez wstydu. I niechaj tak zostanie
-Nietoperzem bywam. Ale w moim odczuciu niezbyt czesto. Da się ze mną wytrzymać.
-Nie zapomniałam, że byłam dzieckiem. Tego akurat nigdy nie zapomnę!
-Dwie książki dziennie (raczej na dobę) udaje mi się przeczytać. Czasem niestety
-Nie udało mi się odwiedzać Dzieci raz w miesiącu na 2 dni - ale nie mam złudzeń: nie da się.
-Nie udało mi się umówić z Rafałem na kawę. A tak byłam pewna,że się da!
-Nie polubię zimy.
-Nie wezmę też wszystkich Wnuków na wakacje.
Nie wezmę Ich razem. Raczej partiami.
Pierwsza część mego rozliczenia wyszła całkiem nieźle. Na plus.
Część druga:
To będzie chwila prawdy! Wszystkie plusy i minusy.
Zacznę od minusów...
Potem sobie humor poprawię plusami.
-zdecydowanie mniej kasy (dzięki ukochana Jastrzębska Spółko!)
-coraz wyższe schody
-spadek, którego odrzucenie przeciąga się w czasie i który generuje zbyt wysokie koszty
-postępujący reumatyzm (on już postępuje parę ładnych lat, ale ostatnio jakby szybciej...)
-postępujące lenistwo i brak motywacji żeby się ruszać
I najgorsze:
-głupi pomysł obdarowania pod choinkę kasą zamiast kupienia prezentów i wysłania paczki - jak co roku.
Ale Emilka mówi, że nie ma się co użalać tylko trzeba szukać rozwiązań. To poszukam.
A tymczasem plusy:
-około dwóch miesięcy ( na dwanaście) spędziłam z Wnukami
-zima nie dała mi się we znaki bo mi pobyt Moich Ukochanych (w lutym!) rozgrzewał serce
-dłuuuuuugie, ciepłe lato przedłużone jeszcze urlopem w Albanii
-mimo mniejszych przychodów i kosztów "spadkowych" - żadnych problemów finansowych
-dwójka uroczych Wnucząt, które spadły nam z nieba
-wypróbowani przyjaciele
-zdrowie (mimo pewnych niedomagań)
-wspaniały kościóL
-Romek jakoś mniej mi depcze po tym jedynym nerwie, który mi został :)
-no i te wszystkie marzenia, które udało mi się zrealizować.
Mam za co Panu Bogu dziękować.
I z całego serca dziękuję!!!
Teraz tylko poszukać rozwiązań. I zrealizować marzenia, których nie zdołałam w 2015!!!
Z tym, że w moim prywatnym Urzędzie Skarbowym. (Od skarbów, które posiadam.)
Rozliczenie dwuczęściowe to będzie.
Część pierwsza: realizacja marzeń (marzenia owe zawarłam tu: http://m-mummy.blogspot.com/2015/01/postanowienia-noworoczne.html
I tak:
-Porwałam Relę tylko na kilka godzin. Ale to był dobry czas. Mam nadzieję, że dla Niej również
-Zdecydowanie więcej czasu poświęcam przyjaciołom
-Częściej mówię ludziom miłe rzeczy (tym nie-najbliższym szczególnie!). Okazało się to być nie takie znów trudne, jak myślałam...
-Albania zaliczona: dla mnie najpiękniejsze miejsce na kuli ziemskiej. Reszta czeka w kolejce
-W lustro patrzę bez wstydu. I niechaj tak zostanie
-Nietoperzem bywam. Ale w moim odczuciu niezbyt czesto. Da się ze mną wytrzymać.
-Nie zapomniałam, że byłam dzieckiem. Tego akurat nigdy nie zapomnę!
-Dwie książki dziennie (raczej na dobę) udaje mi się przeczytać. Czasem niestety
-Nie udało mi się odwiedzać Dzieci raz w miesiącu na 2 dni - ale nie mam złudzeń: nie da się.
-Nie udało mi się umówić z Rafałem na kawę. A tak byłam pewna,że się da!
-Nie polubię zimy.
-Nie wezmę też wszystkich Wnuków na wakacje.
Nie wezmę Ich razem. Raczej partiami.
Pierwsza część mego rozliczenia wyszła całkiem nieźle. Na plus.
Część druga:
To będzie chwila prawdy! Wszystkie plusy i minusy.
Zacznę od minusów...
Potem sobie humor poprawię plusami.
-zdecydowanie mniej kasy (dzięki ukochana Jastrzębska Spółko!)
-coraz wyższe schody
-spadek, którego odrzucenie przeciąga się w czasie i który generuje zbyt wysokie koszty
-postępujący reumatyzm (on już postępuje parę ładnych lat, ale ostatnio jakby szybciej...)
-postępujące lenistwo i brak motywacji żeby się ruszać
I najgorsze:
-głupi pomysł obdarowania pod choinkę kasą zamiast kupienia prezentów i wysłania paczki - jak co roku.
Ale Emilka mówi, że nie ma się co użalać tylko trzeba szukać rozwiązań. To poszukam.
A tymczasem plusy:
-około dwóch miesięcy ( na dwanaście) spędziłam z Wnukami
-zima nie dała mi się we znaki bo mi pobyt Moich Ukochanych (w lutym!) rozgrzewał serce
-dłuuuuuugie, ciepłe lato przedłużone jeszcze urlopem w Albanii
-mimo mniejszych przychodów i kosztów "spadkowych" - żadnych problemów finansowych
-dwójka uroczych Wnucząt, które spadły nam z nieba
-wypróbowani przyjaciele
-zdrowie (mimo pewnych niedomagań)
-wspaniały kościóL
-Romek jakoś mniej mi depcze po tym jedynym nerwie, który mi został :)
-no i te wszystkie marzenia, które udało mi się zrealizować.
Mam za co Panu Bogu dziękować.
I z całego serca dziękuję!!!
Teraz tylko poszukać rozwiązań. I zrealizować marzenia, których nie zdołałam w 2015!!!
wtorek, 22 grudnia 2015
Myślę
Były takie Święta Bożego Narodzenia, kiedy nasze autko zażyczyło sobie prezentu. Akumulatora dokładnie. W samą wigilię dokładnie. I dostało.
W tym roku prezentu zażyczył sobie prawnik, który ma doprowadzić rodzinną naszą sprawę spadkową do finiszu. Honorarium dokładnie. Wprawdzie nie w sama wigilię... Ale dostał.
I na kanwie owego wydarzenia nasunęły mi się takie otóż przemyślenia:
Jest spadek. Same długi. I nikt nie wie jak duże. Wszyscy zainteresowani już się go szczęśliwie pozbyli. Poszło łatwo.
Zostały tylko nasze wnuki.
I "łatwo" się skończyło.
Zaczęły się schody, góry i wertepy nie do przebycia.
Mądre i mniej mądre rady znajomych, gdybanie i przypuszczanie "co lepiej uczynić" ...
Takie tam różne...
W każdym razie wreszcie zrobiliśmy to, od czego należało zacząć: poszliśmy do prawnika.
Sprawa w dobrych rękach i pewność, że teraz to się już naprawdę skończy pozytywnie.
Ale jak wspomniałam na początku: trzeba zapłacić. A jeśli kasy nie ma - to trzeba pożyczyć.
No to poszliśmy pożyczać.
I pożyczyli bez problemów.
I właśnie, w trakcie tego pożyczania, nasunęły mi się owe przemyślenia...
Bank, jak bank - żyje między innymi z pożyczania kasy takim, co nie mają nic na kupce. Ale również z tego, ze różni ludzie mają w nim konta swoje.
To akurat jest nasza sytuacja: konto, na które co miesiąc wpływa Romka wynagrodzenie... i wypływa. Znaczy: drożne jest ! ;)
Któregoś dnia postanowiliśmy, że i ja zostanę właścicielem wyżej wymienionego konta. Wprawdzie wpływy mam zerowe ale bardzo dzielnie i z poświęceniem się przykładam do wypływów.
Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy. I od pewnego czasu jest nas dwoje do wszelkich na tym koncie działań.
A kiedy wczoraj poszliśmy pożyczać - pani, która się tym zajmowała nawet się o mnie nie zająknęła.
Gdyby Romek chciał pożyczyć maksymalną kwotę - pewnie też by dostał bez problemów, bez mojej zgody, bez mego podpisu.
I tak sobie myślę (na kanwie spadku):
Dwoje ludzi. Młodych. Zakochanych i ufających sobie bezgranicznie zakłada konto. Jedno, wspólne konto. Biorą kredyty, spłacają, biorą następne... Żyją jak przeciętni obywatele... A po np.15 latach się rozchodzą. I jedno z nich zapomniało, że jest współwłaścicielem. Bo nigdy nie było do niczego potrzebne przy kolejnym kredycie (zgoda, podpis itp). A teraz musi płacić długi tego drugiego....
A co jak się nie zorientuje do ostatniej chwili i zostawi taki spadek dzieciom i wnukom?
--------------------------------------
A najgorsze, że wczoraj tak strasznie lało i wiało, a ja całkiem, ale to całkiem niepotrzebnie z domu wyszłam !!!
W tym roku prezentu zażyczył sobie prawnik, który ma doprowadzić rodzinną naszą sprawę spadkową do finiszu. Honorarium dokładnie. Wprawdzie nie w sama wigilię... Ale dostał.
I na kanwie owego wydarzenia nasunęły mi się takie otóż przemyślenia:
Jest spadek. Same długi. I nikt nie wie jak duże. Wszyscy zainteresowani już się go szczęśliwie pozbyli. Poszło łatwo.
Zostały tylko nasze wnuki.
I "łatwo" się skończyło.
Zaczęły się schody, góry i wertepy nie do przebycia.
Mądre i mniej mądre rady znajomych, gdybanie i przypuszczanie "co lepiej uczynić" ...
Takie tam różne...
W każdym razie wreszcie zrobiliśmy to, od czego należało zacząć: poszliśmy do prawnika.
Sprawa w dobrych rękach i pewność, że teraz to się już naprawdę skończy pozytywnie.
Ale jak wspomniałam na początku: trzeba zapłacić. A jeśli kasy nie ma - to trzeba pożyczyć.
No to poszliśmy pożyczać.
I pożyczyli bez problemów.
I właśnie, w trakcie tego pożyczania, nasunęły mi się owe przemyślenia...
Bank, jak bank - żyje między innymi z pożyczania kasy takim, co nie mają nic na kupce. Ale również z tego, ze różni ludzie mają w nim konta swoje.
To akurat jest nasza sytuacja: konto, na które co miesiąc wpływa Romka wynagrodzenie... i wypływa. Znaczy: drożne jest ! ;)
Któregoś dnia postanowiliśmy, że i ja zostanę właścicielem wyżej wymienionego konta. Wprawdzie wpływy mam zerowe ale bardzo dzielnie i z poświęceniem się przykładam do wypływów.
Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy. I od pewnego czasu jest nas dwoje do wszelkich na tym koncie działań.
A kiedy wczoraj poszliśmy pożyczać - pani, która się tym zajmowała nawet się o mnie nie zająknęła.
Gdyby Romek chciał pożyczyć maksymalną kwotę - pewnie też by dostał bez problemów, bez mojej zgody, bez mego podpisu.
I tak sobie myślę (na kanwie spadku):
Dwoje ludzi. Młodych. Zakochanych i ufających sobie bezgranicznie zakłada konto. Jedno, wspólne konto. Biorą kredyty, spłacają, biorą następne... Żyją jak przeciętni obywatele... A po np.15 latach się rozchodzą. I jedno z nich zapomniało, że jest współwłaścicielem. Bo nigdy nie było do niczego potrzebne przy kolejnym kredycie (zgoda, podpis itp). A teraz musi płacić długi tego drugiego....
A co jak się nie zorientuje do ostatniej chwili i zostawi taki spadek dzieciom i wnukom?
--------------------------------------
A najgorsze, że wczoraj tak strasznie lało i wiało, a ja całkiem, ale to całkiem niepotrzebnie z domu wyszłam !!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






