Pozazdrościłam Emilce. I też znalazłam kawałek prawdziwego lasu. Tylko mój troszkę szarawy jest. Ale pora była zmierzchowa. I niechaj to będzie wystarczające wyjaśnienie.
Romek znalazł nową trasę kijkową... Właściwie ona tam zawsze była i On ją znał, bo biegał tamtędy z Relusią za sarnami, z Nikiem i Wojtusiem chodził zbierać jabłka i orzechy.
Tylko mnie tam nigdy nie zabrał...
Bo ja jestem dzieckiem betonu i po chaszczach nie latam.
Znaczy: dotąd nie latałam. Na starość mi się odmieniło.
Prócz niedogodności typu: błoto na ścieżce, pachnący inaczej ściek wzdłuż owej, mojej sympatii do zapuszczania się w nieznane i zarośnięte ścieżki... było ładnie.
Czyli tak:A tu jeszcze dowód na to, że Romek je wszystko!
poniedziałek, 30 września 2013
sobota, 28 września 2013
Książki
Lubię czytać... Bardzo lubię...
Pamiętam do dziś swoją pierwszą samodzielnie przeczytaną książkę. Samodzielnie w sensie, że sama poszłam do biblioteki i sama dokonałam tych wszystkich czynności jakich się tam dokonuje.
Ale: od początku...
Czytać się nauczyłam. I to by było na tyle. Bo nie wiem jaka wtedy byłam duża (a raczej mała). Ze wspomnień moich rodziców wiem, że odkąd się nauczyłam chodzić, chadzałam z książką pod pachą. Książka miała tytuł "Przygody Cebulka". Nie miała prawie ilustracji, a te co miała, były czarno-białe. I miała format A4. Więc z tym "pod pachą" to trochę przesada. Wszak ja miałam około półtora roku! Ale uwielbiałam ją i ciągle "czytałam". To już pamiętam bo miłość do niej do dziś mi została. Pamiętam również najgorszy wstyd mego życia. Związany oczywiście z czytaniem. Dziś to mnie bawi, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Przemyśliwałam nawet żeby już nigdy nie pójść do szkoły.
Otóż w zamierzchłych czasach mego dzieciństwa, w pierwszej klasie szkoły podstawowej robiono testy czytania. W ten sposób sprawdzano umiejętności i rozwój dzieci. Pewnie inne nasze umiejętności również sprawdzano. Ale ja tylko czytanie pamiętam. Jako, że to ono wiązało się z moja traumą.
Sprawdzian taki polegał na tym, że każde dziecko musiało przeczytać głośno tekst zapisany na kartce A4.
Tekst charakteryzował się tym, że był skonstruowany jak tablice u okulisty - u góry słowa zapisane dużą czcionką, im niżej tym mniejszą... I jeszcze: był kompletnie bez sensu. To znaczy: był to zlepek przypadkowych słów.
Miałam no to minutę. Liczyli ile słów przeczytałam i odejmowali te niewłaściwie przeczytane.
No i przeczytałam. W ciągu minuty... 200 słów.(Troszkę jak karabin maszynowy)
I tu się zaczęły "schody". I ta trauma. I ten wstyd.
Bo mnie moja ukochana nauczycielka zabrała do piątej klasy. I kazała czytać. Żeby im pokazać jak powinni czytać.
Przeżyłam jednak ten wstyd. Zyskałam dwoje opiekunów, z którymi regularnie chodziłam do szkoły. I pomysł żeby się zakopać pod ziemię i już nigdy nie wyjść umarł śmiercią naturalną.
A potem otwarli na osiedlu bibliotekę... Oczywiście poleciałam tam na skrzydłach! Była tuż obok szkoły. Poprzednia- daleko i sama nie mogłam tm chodzić.
W swojej naiwności myślałam, że to wystarczy przyjść, stanąć, popatrzeć i dostaje się książkę. A tu następne rozczarowanie. Bo karteczka do rodziców, podpis wyżej wymienionych i dopiero można było dostąpić łaski otrzymania książki.
Piszę "łaski" bo był to cały rytuał. Pan Bibliotekarz - pan i władca... Staliśmy w baaaaaaardzo długiej kolejce przed biurkiem owego Pana Bibliotekarza. A on powoli, spokojnie, flegmatycznie wręcz odbierał książkę od delikwenta, starannie oglądał czy nie ma plam i zagiętych rogów. Jeśli lustracja przebiegła pomyślnie, zapisywał na karcie czytelnika zwrot owej książki i podchodził do regału. Tam czytał tytuł a dzieciak przed biurkiem mówił: "czytałem" badź "nie czytałem". Jeśli:" nie czytałem" to dostawał do przeczytania. Nie było wyboru, nie było dyskusji. Można było oddać nie przeczytawszy. Ale strach było. Bo pan Krzysztof miał zwyczaj odpytywać z treści oddawanej książeczki. Nieczęsto wprawdzie to robił. Ale, jak to się mówi"na złodzieju czapka gore". Jakąś miał taką intuicję, że zawsze trafił na takiego co ie przeczytał. W związku z tym nigdy w życiu bym się nie odważyła oddać nieprzeczytanej książki.
I ja przez to wszystko przechodziłam i było to naturalne i nikogo nie dziwiło. A moja pierwsza książka otrzymana z rąk pana Krzysia ()wtedy mojego idola! to "Gburzy z Gnieżdżewa". Dostałam, pobiegłam do domu, przeczytałam i poszłam po następną. A w bibliotece się okazało, że mogę dopiero następnego dnia dostać nową książkę. Moja rozpacz musiała się bardzo wyraźnie na moim obliczu malować bo pan Krzysztof odstąpił od swoich zasad i dał mi książkę. Oczywiście po dokładnym sprawdzeniu czy "Gburów" przeczytałam.
po niedługim czasie dostąpiłam zaszczytu wybierania sobie książek samodzielnie. I to już była pełna nobilitacja!!!
I od tego czasu czytałam, czytałam, czytałam. I czytam, czytam, czytam...
I myślę sobie, że to, co poniżej najlepiej odda moje priorytety:
A ponieważ od zawsze się martwiłam, że umrę i nie zdążę przeczytać tych wszystkich książek, które chcę i muszę przeczytać, to teraz najczęściej wyglądam tak:
A po następne ponieważ książek w bibliotece jest mało a w księgarni dużo, a ja nie mogę sobie ich wszystkich kupić ()bo nie mam gdzie trzymać hihi) to mi Moje Dzieci kupiły e-booka i teraz mam własną bibliotekę. Co niniejszym polecam!
A jeszcze na koniec dodam, że najbardziej boję się ludzi, którzy czytają tylko jedną książkę, bez względu na to czy jest to biblia, koran czy "mein kampf".
Pamiętam do dziś swoją pierwszą samodzielnie przeczytaną książkę. Samodzielnie w sensie, że sama poszłam do biblioteki i sama dokonałam tych wszystkich czynności jakich się tam dokonuje.
Ale: od początku...
Czytać się nauczyłam. I to by było na tyle. Bo nie wiem jaka wtedy byłam duża (a raczej mała). Ze wspomnień moich rodziców wiem, że odkąd się nauczyłam chodzić, chadzałam z książką pod pachą. Książka miała tytuł "Przygody Cebulka". Nie miała prawie ilustracji, a te co miała, były czarno-białe. I miała format A4. Więc z tym "pod pachą" to trochę przesada. Wszak ja miałam około półtora roku! Ale uwielbiałam ją i ciągle "czytałam". To już pamiętam bo miłość do niej do dziś mi została. Pamiętam również najgorszy wstyd mego życia. Związany oczywiście z czytaniem. Dziś to mnie bawi, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Przemyśliwałam nawet żeby już nigdy nie pójść do szkoły.
Otóż w zamierzchłych czasach mego dzieciństwa, w pierwszej klasie szkoły podstawowej robiono testy czytania. W ten sposób sprawdzano umiejętności i rozwój dzieci. Pewnie inne nasze umiejętności również sprawdzano. Ale ja tylko czytanie pamiętam. Jako, że to ono wiązało się z moja traumą.
Sprawdzian taki polegał na tym, że każde dziecko musiało przeczytać głośno tekst zapisany na kartce A4.
Tekst charakteryzował się tym, że był skonstruowany jak tablice u okulisty - u góry słowa zapisane dużą czcionką, im niżej tym mniejszą... I jeszcze: był kompletnie bez sensu. To znaczy: był to zlepek przypadkowych słów.
Miałam no to minutę. Liczyli ile słów przeczytałam i odejmowali te niewłaściwie przeczytane.
No i przeczytałam. W ciągu minuty... 200 słów.(Troszkę jak karabin maszynowy)
I tu się zaczęły "schody". I ta trauma. I ten wstyd.
Bo mnie moja ukochana nauczycielka zabrała do piątej klasy. I kazała czytać. Żeby im pokazać jak powinni czytać.
Przeżyłam jednak ten wstyd. Zyskałam dwoje opiekunów, z którymi regularnie chodziłam do szkoły. I pomysł żeby się zakopać pod ziemię i już nigdy nie wyjść umarł śmiercią naturalną.
A potem otwarli na osiedlu bibliotekę... Oczywiście poleciałam tam na skrzydłach! Była tuż obok szkoły. Poprzednia- daleko i sama nie mogłam tm chodzić.
W swojej naiwności myślałam, że to wystarczy przyjść, stanąć, popatrzeć i dostaje się książkę. A tu następne rozczarowanie. Bo karteczka do rodziców, podpis wyżej wymienionych i dopiero można było dostąpić łaski otrzymania książki.
Piszę "łaski" bo był to cały rytuał. Pan Bibliotekarz - pan i władca... Staliśmy w baaaaaaardzo długiej kolejce przed biurkiem owego Pana Bibliotekarza. A on powoli, spokojnie, flegmatycznie wręcz odbierał książkę od delikwenta, starannie oglądał czy nie ma plam i zagiętych rogów. Jeśli lustracja przebiegła pomyślnie, zapisywał na karcie czytelnika zwrot owej książki i podchodził do regału. Tam czytał tytuł a dzieciak przed biurkiem mówił: "czytałem" badź "nie czytałem". Jeśli:" nie czytałem" to dostawał do przeczytania. Nie było wyboru, nie było dyskusji. Można było oddać nie przeczytawszy. Ale strach było. Bo pan Krzysztof miał zwyczaj odpytywać z treści oddawanej książeczki. Nieczęsto wprawdzie to robił. Ale, jak to się mówi"na złodzieju czapka gore". Jakąś miał taką intuicję, że zawsze trafił na takiego co ie przeczytał. W związku z tym nigdy w życiu bym się nie odważyła oddać nieprzeczytanej książki.
I ja przez to wszystko przechodziłam i było to naturalne i nikogo nie dziwiło. A moja pierwsza książka otrzymana z rąk pana Krzysia ()wtedy mojego idola! to "Gburzy z Gnieżdżewa". Dostałam, pobiegłam do domu, przeczytałam i poszłam po następną. A w bibliotece się okazało, że mogę dopiero następnego dnia dostać nową książkę. Moja rozpacz musiała się bardzo wyraźnie na moim obliczu malować bo pan Krzysztof odstąpił od swoich zasad i dał mi książkę. Oczywiście po dokładnym sprawdzeniu czy "Gburów" przeczytałam.
po niedługim czasie dostąpiłam zaszczytu wybierania sobie książek samodzielnie. I to już była pełna nobilitacja!!!
I od tego czasu czytałam, czytałam, czytałam. I czytam, czytam, czytam...
I myślę sobie, że to, co poniżej najlepiej odda moje priorytety:

A ponieważ od zawsze się martwiłam, że umrę i nie zdążę przeczytać tych wszystkich książek, które chcę i muszę przeczytać, to teraz najczęściej wyglądam tak:

A po następne ponieważ książek w bibliotece jest mało a w księgarni dużo, a ja nie mogę sobie ich wszystkich kupić ()bo nie mam gdzie trzymać hihi) to mi Moje Dzieci kupiły e-booka i teraz mam własną bibliotekę. Co niniejszym polecam!
A jeszcze na koniec dodam, że najbardziej boję się ludzi, którzy czytają tylko jedną książkę, bez względu na to czy jest to biblia, koran czy "mein kampf".
sobota, 21 września 2013
Ciasto
Kiedy byłam dzieckiem , Mój ukochany Dziadek Franek zawsze jadł gorące ciasto, takie świeżo upieczone.
A ja Mu straszliwie zawiściłam. Bo mi nie pozwalali. Ani rodzice, ani Babcia, ani żadna z trzech ciotek.
Musiałam czekać aż przestygnie. "Bo cię będzie żołądek bolał jak zjesz takie gorące."
No chyba, że nikogo w pobliżu nie było. To dostawałam kawałek ciasta od Dziadka... I doprawdy nie pamiętam żeby mnie coś bolało. Chyba, że z emocji wypierałam wszelkie bóle.
Zresztą nawet jakby bolał, to i tak bym się nie przyznała.
Bolącego żołądka nie pamiętam. Pamiętam natomiast doskonale,jak sobie obiecywałam: "jak będę duża, to będę jadła TYLKO gorące"
No i jem. Zawsze jak upiekę ciasto, to jem gorące. I zapewniam, że nie boli mnie żołądek.
Nigdy.
Znaczy: czasem.
Jak zjem pół foremki na jedno posiedzenie.
Tak się właśnie dziś przydarzyło.
Foremka nie za duża była...
Ale problem wystąpił.
Bo Romek jest w pracy. Wróci o 23.05.
Ja już swoją część pożarłam.
Ale zimne ciasto lubię tak samo jak gorące. A mam bardzo słabą silną wolę.
I musiałabym jakoś tę nędzną resztkę zabezpieczyć.
Jedyne bezpieczne miejsce jakie znam to u sąsiadów. W domu takiego nie ma...
Ale nie znam sąsiadów zbyt dobrze. Nie zaryzykuję, jeszcze by mi zjedli zamiast przechować.
A ja Mu straszliwie zawiściłam. Bo mi nie pozwalali. Ani rodzice, ani Babcia, ani żadna z trzech ciotek.
Musiałam czekać aż przestygnie. "Bo cię będzie żołądek bolał jak zjesz takie gorące."
No chyba, że nikogo w pobliżu nie było. To dostawałam kawałek ciasta od Dziadka... I doprawdy nie pamiętam żeby mnie coś bolało. Chyba, że z emocji wypierałam wszelkie bóle.
Zresztą nawet jakby bolał, to i tak bym się nie przyznała.
Bolącego żołądka nie pamiętam. Pamiętam natomiast doskonale,jak sobie obiecywałam: "jak będę duża, to będę jadła TYLKO gorące"
No i jem. Zawsze jak upiekę ciasto, to jem gorące. I zapewniam, że nie boli mnie żołądek.
Nigdy.
Znaczy: czasem.
Jak zjem pół foremki na jedno posiedzenie.
Tak się właśnie dziś przydarzyło.
Foremka nie za duża była...
Ale problem wystąpił.
Bo Romek jest w pracy. Wróci o 23.05.
Ja już swoją część pożarłam.
Ale zimne ciasto lubię tak samo jak gorące. A mam bardzo słabą silną wolę.
I musiałabym jakoś tę nędzną resztkę zabezpieczyć.
Jedyne bezpieczne miejsce jakie znam to u sąsiadów. W domu takiego nie ma...
Ale nie znam sąsiadów zbyt dobrze. Nie zaryzykuję, jeszcze by mi zjedli zamiast przechować.
czwartek, 12 września 2013
Jesień ubraniowa...
Mój Mąż ma ciuchów tyle, co całkiem nieprzeciętna kobieta... I w bardzo dobrym stanie. Bo on ich nie nosi. Leżą sobie w szafie (albo wiszą) i dobrze wyglądają. A ja je co jakiś czas piorę (bo zakurzone), ewentualnie robię "meliorację katalogu".*
A Romek notorycznie i niereformowalnie używa kilku podstawowych zestawów.
Ostatnio w Dziwnówku kupił sobie nowy polar: śliczny, brązowy, cieplutki i nie za krótki (prawie każdą odzież wierzchnią ma ciut przykrótką...).
Kupił, przywiózł do domku, powiesił w szafie. A stary sobie zostawił żeby mieć w czym do pracy chodzić.
Po długich perswazjach (aż cud, że bez inwektyw i rękoczynów) dojrzał do wyrzucenia... Przy okazji pozbyłam go kurtki, która śmiało mogłaby pretendować do najbrzydszej w Europie.
Pocierpiał parę dni i pogodził się z nieuchronnością strat w garderobie.
A tu nagle: siurpryza - lato się w jesień zamieniło. I to w taką solidną przedzimową jesień. I Mój Mąż chodzi sobie wczoraj po chałupce i cierpi. Bo zimno. I co on ma założyć. Wynalazł wreszcie w czeluściach szafy ohydną koszulę polarową w kratkę, którą trzyma tylko dla Paulinki "bo jak ona tu przyjeżdża i jest zimno, to ją zawsze nosi" (zawsze = raz). I widok której budzi we mnie destrukcyjne pomysły. Ale cóż: DLA PAULINKI! jakżebym śmiała ją (tę koszulę) unicestwić.
No więc chodzi sobie Romek po mieszkaniu zakutany po same uszy i myśli (głośno myśli)**. I się zastanawia. Również głośno. W czym on też jutro pójdzie do pracy. Bo polar mu wyrzuciłam. I on teraz nie ma...
-W kurtce cienkiej- proponuję. Nie, bo zimno, zmarznie.
-W kurtce zielonej, z polarem. No jak to, za ciepła, zgrzeje się.
Padło jeszcze kilka propozycji, z jego i z mojej strony... Żadna nie do przyjęcia.
To on już wie: on pójdzie do pracy w tej koszuli, którą ma na sobie.
Dobrze, że nie miałam pod ręką nożyczek!
Cóż, cały ten teatrzyk służył do tego żeby mnie przekonać, że to najlepsze rozwiązania. Ba, podejrzewam, że liczył na to, że sama mu powiem, żeby w tym "odzieniu" poszedł do pracy.
Dzisiejszego poranka, z bólem serca i ze łzami w oczach, założył nowy śliczny polar, który mu się na pewno straszliwie zniszczy, i pooooooszedł.
I mimo, że starał się być bardzo dzielny, jeszcze długo słyszałam tłumiony szloch wyrywający się z gardła Mego Męża.
_____________________________________________
* termin bibliotekarski, określa sprzątanie katalogu: układanie kart katalogowych i wyrzucanie zniszczonych lub zbytecznych.
**normalnie, jak pytam czemu się nie odzywa, to mówi, że myśli.
A Romek notorycznie i niereformowalnie używa kilku podstawowych zestawów.
Ostatnio w Dziwnówku kupił sobie nowy polar: śliczny, brązowy, cieplutki i nie za krótki (prawie każdą odzież wierzchnią ma ciut przykrótką...).
Kupił, przywiózł do domku, powiesił w szafie. A stary sobie zostawił żeby mieć w czym do pracy chodzić.
Po długich perswazjach (aż cud, że bez inwektyw i rękoczynów) dojrzał do wyrzucenia... Przy okazji pozbyłam go kurtki, która śmiało mogłaby pretendować do najbrzydszej w Europie.
Pocierpiał parę dni i pogodził się z nieuchronnością strat w garderobie.
A tu nagle: siurpryza - lato się w jesień zamieniło. I to w taką solidną przedzimową jesień. I Mój Mąż chodzi sobie wczoraj po chałupce i cierpi. Bo zimno. I co on ma założyć. Wynalazł wreszcie w czeluściach szafy ohydną koszulę polarową w kratkę, którą trzyma tylko dla Paulinki "bo jak ona tu przyjeżdża i jest zimno, to ją zawsze nosi" (zawsze = raz). I widok której budzi we mnie destrukcyjne pomysły. Ale cóż: DLA PAULINKI! jakżebym śmiała ją (tę koszulę) unicestwić.
No więc chodzi sobie Romek po mieszkaniu zakutany po same uszy i myśli (głośno myśli)**. I się zastanawia. Również głośno. W czym on też jutro pójdzie do pracy. Bo polar mu wyrzuciłam. I on teraz nie ma...
-W kurtce cienkiej- proponuję. Nie, bo zimno, zmarznie.
-W kurtce zielonej, z polarem. No jak to, za ciepła, zgrzeje się.
Padło jeszcze kilka propozycji, z jego i z mojej strony... Żadna nie do przyjęcia.
To on już wie: on pójdzie do pracy w tej koszuli, którą ma na sobie.
Dobrze, że nie miałam pod ręką nożyczek!
Cóż, cały ten teatrzyk służył do tego żeby mnie przekonać, że to najlepsze rozwiązania. Ba, podejrzewam, że liczył na to, że sama mu powiem, żeby w tym "odzieniu" poszedł do pracy.
Dzisiejszego poranka, z bólem serca i ze łzami w oczach, założył nowy śliczny polar, który mu się na pewno straszliwie zniszczy, i pooooooszedł.
I mimo, że starał się być bardzo dzielny, jeszcze długo słyszałam tłumiony szloch wyrywający się z gardła Mego Męża.
_____________________________________________
* termin bibliotekarski, określa sprzątanie katalogu: układanie kart katalogowych i wyrzucanie zniszczonych lub zbytecznych.
**normalnie, jak pytam czemu się nie odzywa, to mówi, że myśli.
piątek, 30 sierpnia 2013
... i po wakacjach
Się one, te wakacje, dla mnie skończyły... Ale nic to, już planuję następne. A plany mam wielkie i już się cieszę n ich realizację. W związku z powyższym zaczynam oszczędzać. Coby było za co te plany zrealizować.
No i już na dzień dobry musiałam zweryfikować owe plany bo się Moje Córki nie zgadzają. Na co? Ano na to żebym w ramach oszczędności pozbawiła rodzinkę przyjemności z prezentów "podchoinkowych".
A co im do tego, można zapytać... A to im do ego, że moje plany są ściśle związane z moją rodzinką: otóż chcemy spędzić przyszłe wakacje razem. I ja planowałam porozpuszczać ich nieprzyzwoicie. A do rozpuszczenia piątki dorosłych i trójki małoletnich trzeba albo dużo kasy albo jakiegoś środka chemicznego...
O ile kasę załatwi Romek, o tyle na środkach chemicznych to się Żuru najlepiej zna. Ale nie wiem czyby chciał pomóc w sprawie rozpuszczania...
No więc, Córki ustaliły,że wolą dostać o jednego gofra na głowę mniej ale prezenty pod choinkę muszą być. No to będą.
A teraz kilka migawek z urlopu:
GPS, całkiem nowiutki, spisał się na medal.Tak bardzo, że musieliśmy zmienić mu (jej) imię. Z Andzi (bo się gubi jak Andzia w parku) na Petronelkę/Benzynkę. Nie wiem dlaczego, Romek miał taką wizję. Mówimy teraz na nią Nelka.
Ale choć GPS całkiem sprawny - nie obyło się bez przygody...
Romek postanowił część trasy do Dziwnówka, miast drogą szybkiego ruchu, przebyć uroczą drogą prowadzącą wzdłuż Warty...
I nie byłoby to dziwne, gdyby nie fakt, że owa droga prowadziła po wale nadrzecznym. Kręta mocno, wąska... też mocno. I długa. Podobno widoki niezapomniane. Nie wiem. Miałam głównie zamknięte oczy...
Z nowych informacji, jakie sobie tego lata przyswoiłam: dowiedziałam się co to jest uspokajacz ruchu. To taka wysepka na szosie, która wymaga od kierowcy zdjęcia nogi z gazu. Ładnie się nazywa, moim zdaniem.
A poza tym całą sobotę przeżyłam w przeświadczeniu, że to niedziela. O 18.00 mnie Romek z błędu wyprowadził.
A poza tym było mnóstwo słońca, troszkę wiatru, wiele namiotów z drogimi tanimi książkami, tyleż samo z różnymi niepotrzebnymi rzeczami, w które Romek się corocznie zaopatruje.
I była jedna przecudna, nader klimatyczna kawiarenka w Kamieniu Pomorskim, w której serwowali taki jabłecznik, jakiego nawet Moja Teściowa nie umie upiec! Król jabłeczników i szarlotek to był. Po prostu!
Oto ona. Nazywa się "Kawa czy herbata o poranku"
No i już na dzień dobry musiałam zweryfikować owe plany bo się Moje Córki nie zgadzają. Na co? Ano na to żebym w ramach oszczędności pozbawiła rodzinkę przyjemności z prezentów "podchoinkowych".
A co im do tego, można zapytać... A to im do ego, że moje plany są ściśle związane z moją rodzinką: otóż chcemy spędzić przyszłe wakacje razem. I ja planowałam porozpuszczać ich nieprzyzwoicie. A do rozpuszczenia piątki dorosłych i trójki małoletnich trzeba albo dużo kasy albo jakiegoś środka chemicznego...
O ile kasę załatwi Romek, o tyle na środkach chemicznych to się Żuru najlepiej zna. Ale nie wiem czyby chciał pomóc w sprawie rozpuszczania...
No więc, Córki ustaliły,że wolą dostać o jednego gofra na głowę mniej ale prezenty pod choinkę muszą być. No to będą.
A teraz kilka migawek z urlopu:
GPS, całkiem nowiutki, spisał się na medal.Tak bardzo, że musieliśmy zmienić mu (jej) imię. Z Andzi (bo się gubi jak Andzia w parku) na Petronelkę/Benzynkę. Nie wiem dlaczego, Romek miał taką wizję. Mówimy teraz na nią Nelka.
Ale choć GPS całkiem sprawny - nie obyło się bez przygody...
Romek postanowił część trasy do Dziwnówka, miast drogą szybkiego ruchu, przebyć uroczą drogą prowadzącą wzdłuż Warty...
I nie byłoby to dziwne, gdyby nie fakt, że owa droga prowadziła po wale nadrzecznym. Kręta mocno, wąska... też mocno. I długa. Podobno widoki niezapomniane. Nie wiem. Miałam głównie zamknięte oczy...
Z nowych informacji, jakie sobie tego lata przyswoiłam: dowiedziałam się co to jest uspokajacz ruchu. To taka wysepka na szosie, która wymaga od kierowcy zdjęcia nogi z gazu. Ładnie się nazywa, moim zdaniem.
A poza tym całą sobotę przeżyłam w przeświadczeniu, że to niedziela. O 18.00 mnie Romek z błędu wyprowadził.
A poza tym było mnóstwo słońca, troszkę wiatru, wiele namiotów z drogimi tanimi książkami, tyleż samo z różnymi niepotrzebnymi rzeczami, w które Romek się corocznie zaopatruje.
I była jedna przecudna, nader klimatyczna kawiarenka w Kamieniu Pomorskim, w której serwowali taki jabłecznik, jakiego nawet Moja Teściowa nie umie upiec! Król jabłeczników i szarlotek to był. Po prostu!

Oto ona. Nazywa się "Kawa czy herbata o poranku"
niedziela, 11 sierpnia 2013
Miłośc głęboka i rozległa
Tytuł przewrotny nieco, bo o różnych uczuciach tu będzie...
Romek lubi wycieczki... Oj, lubi. Któregoś roku to były wycieczki śladami pałacyków/ zameczków tudzież innych dworków szlacheckich. Głównie to oglądałam kupki (mniejsze lub większe) cegieł mocno nadgryzionych zębem czasu.
Wczoraj wymyślił wycieczkę do Głubczyc.
No, to pojechali....
Bardzo była wycieczka udana, baaardzo...
Ale po kolei.
Bladym świtem o 10.00 Mój Mąż udał się na poszukiwania nowych opon. Które to poszukiwania wraz ze zmianą zakupionych zakończyły się sukcesem o 13.30...
Co ja sobie przez ten poranek myślałam, to nie napiszę. Wspomnę tylko, że to była pierwsza wolna sobota od....nie pamiętam kiedy.
Wrócił wesoły jak skowronek o poranku i zaproponował mi wycieczkę. Do Głubczyc. Nie chciałam. Naciskał. Zgodziłam się. U mnie od decyzji do działania mija mniej-więcej minuta. Więc przed 14.00 byłam gotowa wo wyjścia.
Pojechaliśmy. Przez Racibórz, przez Kietrz... Dalej nie wiem, bo pomiędzy Raciborzem a Kietrzem zrobiło mi się niedobrze. Polskie drogi jakie są każdy wie... A polskie boczne drogi są jeszcze do tego kręte.
Jedziemy więc sobie, jedziemy... Romek zagaduje, (nie za wiele bo widzi, że mi zaraz para uszami pójdzie). Ja siedzę z zamkniętymi oczyma, skupiona na własnym żołądku. Po to, żeby po chwili zauważyć, że prócz żołądka, muszę się jeszcze na pęcherzu skupić...
No, tak... Dojechaliśmy do Głubczyc. Ale nie wiem, co tam miało być bośmy je na durch (te Głubczyce) przelecieli. Ja z w dalszym ciągu z zamkniętymi oczyma, i dodatkowo dylematem czy zrezygnować z kontrolowania pęcherza czy raczej żołądka...
No i jedziemy.... jedziemy....jedziemy... a droga coraz bardziej kręta... (nadal to czułam, nie - widziałam).
W którymś momencie Romek zwolnił i rzucił w przestrzeń: "coś nam nie wyszło."
NAM!!!
Następnie zawrócił, dojechał do Głubczyc, zaparkował w centrum i zaproponował żebyśmy poszli poszukać jakiejś knajpki:"coś zjemy,no i tam na pewno będzie toaleta."
Nie zdradzę co zrobiłam.
W każdym razie On nadal żyje.
Mało tego: kończę kawę i jedziemy na wycieczkę.
Romek lubi wycieczki... Oj, lubi. Któregoś roku to były wycieczki śladami pałacyków/ zameczków tudzież innych dworków szlacheckich. Głównie to oglądałam kupki (mniejsze lub większe) cegieł mocno nadgryzionych zębem czasu.
Wczoraj wymyślił wycieczkę do Głubczyc.
No, to pojechali....
Bardzo była wycieczka udana, baaardzo...
Ale po kolei.
Bladym świtem o 10.00 Mój Mąż udał się na poszukiwania nowych opon. Które to poszukiwania wraz ze zmianą zakupionych zakończyły się sukcesem o 13.30...
Co ja sobie przez ten poranek myślałam, to nie napiszę. Wspomnę tylko, że to była pierwsza wolna sobota od....nie pamiętam kiedy.
Wrócił wesoły jak skowronek o poranku i zaproponował mi wycieczkę. Do Głubczyc. Nie chciałam. Naciskał. Zgodziłam się. U mnie od decyzji do działania mija mniej-więcej minuta. Więc przed 14.00 byłam gotowa wo wyjścia.
Pojechaliśmy. Przez Racibórz, przez Kietrz... Dalej nie wiem, bo pomiędzy Raciborzem a Kietrzem zrobiło mi się niedobrze. Polskie drogi jakie są każdy wie... A polskie boczne drogi są jeszcze do tego kręte.
Jedziemy więc sobie, jedziemy... Romek zagaduje, (nie za wiele bo widzi, że mi zaraz para uszami pójdzie). Ja siedzę z zamkniętymi oczyma, skupiona na własnym żołądku. Po to, żeby po chwili zauważyć, że prócz żołądka, muszę się jeszcze na pęcherzu skupić...
No, tak... Dojechaliśmy do Głubczyc. Ale nie wiem, co tam miało być bośmy je na durch (te Głubczyce) przelecieli. Ja z w dalszym ciągu z zamkniętymi oczyma, i dodatkowo dylematem czy zrezygnować z kontrolowania pęcherza czy raczej żołądka...
No i jedziemy.... jedziemy....jedziemy... a droga coraz bardziej kręta... (nadal to czułam, nie - widziałam).
W którymś momencie Romek zwolnił i rzucił w przestrzeń: "coś nam nie wyszło."
NAM!!!
Następnie zawrócił, dojechał do Głubczyc, zaparkował w centrum i zaproponował żebyśmy poszli poszukać jakiejś knajpki:"coś zjemy,no i tam na pewno będzie toaleta."
Nie zdradzę co zrobiłam.
W każdym razie On nadal żyje.
Mało tego: kończę kawę i jedziemy na wycieczkę.
poniedziałek, 29 lipca 2013
Woda!
Temat na czasie... biorąc pod uwagę temperatury za oknem (o 9.30 był +50 na moim termometrze). Ale to w słońcu, nie trzeba się przejmować. W cieniu tylko +32.
Wracam "do brzegu", bo mi córki nadmiar dygresji wypominają.
Kilka dni temu przeczytałam na drzwiach informację, że "jutro nie będzie wody bo coś-tam". A że bez wody w tych temperaturach ciężko, to sobie nazbierałam późną nocą coby mieć na posuchę w kranach.
I jak to zwykle bywa w naszej rzeczywistości,woda od świtania do późnych godzin nocnych była dostępna.
Ale, ponieważ po wizycie i półrocznym pobycie u moich dzieci, ze szczególnym akcentem na kontakt z wnuczką- tą dużą-("babciu, to recykling jest, RECYKLING, babciu!"), zaraziłam się owym recyklingiem... a oszczędzanie wody już dawno mam opanowane, więc należało zużyć tę, którą sobie przezornie "nazbierałam".
Ne było to przesadnie trudne: ta z łazienki została zużyta w łazience, ta kuchenna - w kuchni.
I nadszedł wieczór dnia następnego, kiedy to się okazało, że woda mineralna, którą piłam calutki dzień nie jest wodą mineralną, a jedynie "kranówą", którą sama w butelce po mineralnej zachomikowałam. A jaka dobra była!!!
Tu muszę dodać, że całe życie piłam "kranówkę", aż do czasu wielkiej suszy w Polsce, kiedy to woda w Goczałkowicach miała tak niski poziom, że jakieś stare cmentarzysko odsłoniła i Romek mi powiedział, cytuję:"pij, pij, aż ci jakiś palec z kranu wypadnie".
Opowiedziałam moim dziewczynom o przygodzie z "mineralną" dodając, że spokojnie mogłabym ją pić ale się boję, że mi się na zębach odłoży, to co na wylewce, taki kamień zielono-niebieski fosforyzujący. I usłyszałam od Paulinki, żeby sobie kupić filtr do wody.
Oczywiście, zaraz, jak tylko Romek wrócił z pracy, pojechaliśmy po zakup.
(Bogu dziękuję za tę Jego cechę: lubi zakupy i nigdy nie ma problemu, żeby wydać pieniądze.)
Kupiliśmy, wróciliśmy, Romek poszedł do piwnicy. A ja zainaugurowałam działanie filtra.
A wieczorkiem, po wypiciu jakiś 2 litrów wody przefiltrowanej,poprosiłam Romka żeby spróbował, bo ta woda gorzka jakaś...
Spróbował... stwierdził, że dobra. Ja na to, że się pewnie muszę przyzwyczaić do nowego smaku, bez tych wszystkich dodatków, co je filtr zatrzymał.
A potem Romek poczytał zalecenia... A tam, między innymi napisano, że trzeba napełnić, przefiltrować i wylać wodę.
Dwukrotnie.
Co tam: napisano, nawet rysuneczki były!!!
Napełniłam, przefiltrowałam i...wypiłam.
Gorzka buła!
Ale przeżyłam. A to już kilka dni minęło.
No cóż, nigdy ie lubiłam czytać instrukcji. To teraz mam!
Wracam "do brzegu", bo mi córki nadmiar dygresji wypominają.
Kilka dni temu przeczytałam na drzwiach informację, że "jutro nie będzie wody bo coś-tam". A że bez wody w tych temperaturach ciężko, to sobie nazbierałam późną nocą coby mieć na posuchę w kranach.
I jak to zwykle bywa w naszej rzeczywistości,woda od świtania do późnych godzin nocnych była dostępna.
Ale, ponieważ po wizycie i półrocznym pobycie u moich dzieci, ze szczególnym akcentem na kontakt z wnuczką- tą dużą-("babciu, to recykling jest, RECYKLING, babciu!"), zaraziłam się owym recyklingiem... a oszczędzanie wody już dawno mam opanowane, więc należało zużyć tę, którą sobie przezornie "nazbierałam".
Ne było to przesadnie trudne: ta z łazienki została zużyta w łazience, ta kuchenna - w kuchni.
I nadszedł wieczór dnia następnego, kiedy to się okazało, że woda mineralna, którą piłam calutki dzień nie jest wodą mineralną, a jedynie "kranówą", którą sama w butelce po mineralnej zachomikowałam. A jaka dobra była!!!
Tu muszę dodać, że całe życie piłam "kranówkę", aż do czasu wielkiej suszy w Polsce, kiedy to woda w Goczałkowicach miała tak niski poziom, że jakieś stare cmentarzysko odsłoniła i Romek mi powiedział, cytuję:"pij, pij, aż ci jakiś palec z kranu wypadnie".
Opowiedziałam moim dziewczynom o przygodzie z "mineralną" dodając, że spokojnie mogłabym ją pić ale się boję, że mi się na zębach odłoży, to co na wylewce, taki kamień zielono-niebieski fosforyzujący. I usłyszałam od Paulinki, żeby sobie kupić filtr do wody.
Oczywiście, zaraz, jak tylko Romek wrócił z pracy, pojechaliśmy po zakup.
(Bogu dziękuję za tę Jego cechę: lubi zakupy i nigdy nie ma problemu, żeby wydać pieniądze.)
Kupiliśmy, wróciliśmy, Romek poszedł do piwnicy. A ja zainaugurowałam działanie filtra.
A wieczorkiem, po wypiciu jakiś 2 litrów wody przefiltrowanej,poprosiłam Romka żeby spróbował, bo ta woda gorzka jakaś...
Spróbował... stwierdził, że dobra. Ja na to, że się pewnie muszę przyzwyczaić do nowego smaku, bez tych wszystkich dodatków, co je filtr zatrzymał.
A potem Romek poczytał zalecenia... A tam, między innymi napisano, że trzeba napełnić, przefiltrować i wylać wodę.
Dwukrotnie.
Co tam: napisano, nawet rysuneczki były!!!
Napełniłam, przefiltrowałam i...wypiłam.
Gorzka buła!
Ale przeżyłam. A to już kilka dni minęło.
No cóż, nigdy ie lubiłam czytać instrukcji. To teraz mam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)









